Obrazek

Galeria

  • Wszystkich wizyt: 1330917
  • Dzisiaj wizyt: 2
  • Wszystkich komentarzy: 15203

NOWY BLOG NA NOWY ROK!;)

Dziękuję za wszystkie świąteczne życzenia, za miłe komentarze, za dobre słowa i za konstruktywną krytykę. Życzę Wam cudownych Świąt! Moje świąteczne hasło? Wrzuć na luz! To z myślą o tych wszystkich (głównie paniach…), którzy/które przez tydzień albo i dłużej nie wychodzą z kuchni. Nie dajcie się zwariować. Tradycja tradycją, ale o sobie też trzeba myśleć. Niech przygotowania do Świąt będą partnerskie. Dzielmy się sprawiedliwie obowiązkami, nie obciążajmy odpowiedzialnością za rodzinną, świąteczną atmosferę, za wygląd choinki i za smak potraw tylko jednej osoby. Dla tych wszystkich, którzy nie mają talentu, umiejętności, cierpliwości, albo ochoty, żeby przygotowywać tradycyjne, pracochłonne dania mam propozycję: świąteczne potrawy w pięć minut!!! Przepisy i filmiki z mojej kuchni na moim NOWYM BLOGU. Serdecznie zapraszam: www.kingarusin.bloog.pl

Śmiecie? Moda!

To absolutnie niesamowite, co można zrobić ze śmieci! Aby wziąć udział w międzynarodowym konkursie ReAct Fashion projektanci z całego Świata musieli udowodnić, że ich kreacje zrobione zostały z tego, co zazwyczaj ląduje w koszu na odpady. Były więc skórzane ścinki z fabryki kanap, były odpady z drukarni, flizelina, która służyła wcześniej do owijania rzeczy w transporcie, resztki nie wykorzystanej włóczki, lalki Barbie znalezione na śmietniku, niepotrzebne już nikomu, delikatne, białe narzuty na łóżko, ubrania, które przestały się podobać poprzednim właścicielom. To wszystko, w rękach artystów dostało drugie życie. Po co? Czy to w ogóle można na siebie założyć? Bezużyteczne. Dziwne. Niepotrzebne. Tak mówią Ci, którzy o tzw. modzie recyclingowej, nazywanej inaczej modą odpowiedzialną tylko gdzieś, coś, kiedyś słyszeli. A ja widziałam z bliska i szczerze podziwiałam. Wyobraźnię, inwencję, wykonanie i przesłanie. Bo o przesłanie głównie w modzie z odzysku chodzi. O to, żeby pokazać w artystycznej formie to, co nierzadko bezmyślnie wyrzucamy do kosza. To ma być jak wyrzut sumienia, że tyle dobra się marnuje. To ma być inspiracja, ale przede wszystkim zachęta do recyklingu, czyli do segregowania śmieci, które dzięki temu mogą trafić do powtórnego przerobu.

Zawsze się dziwię ludziom, którzy wszystko wrzucają do jednego wora: gazety, butelki, brudne opakowania i resztki jedzenia. Jeżeli nie biorą pod uwagę aspektu ekologicznego to niech wezmą ekonomiczny. W Szwecji utylizuje się ponad 95% śmieci. U nas? Nie wiem czy nawet 10%.  Dlaczego bogaci widzą w tym sens i przy okazji niezły interes, a biedni, tacy jak my wyłącznie fanaberię? Na nasze wysypiska, te legalne i tysiące nielegalnych, trafiają nie tylko rzeczy, które w procesie rozkładu zanieczyszczają środowisko: glebę, wodę i powietrze, ale też pieniądze w postaci papieru, butelek, plastiku nie wspominając o miedzi, żelazie czy stali… Odpady organiczne powinny trafiać do przemysłowych kompostowników, których w Polsce też jak na lekarstwo. Za niewystarczającą utylizację śmieci płacimy Unii słone kary, w przyszłym roku będzie to już blisko 100 milionów euro! Stać nas? Czy ktoś w ogóle o tym myśli!? Inicjatywa powinna być oddolna, skoro odgórna najwyraźniej być nie może. To my powinniśmy wymuszać na naszych gminach odpowiednie działania, to nam powinno zależeć na tym, żeby było lepiej, czyściej, „ekologiczniej” i ekonomiczniej. Bo ostatecznie, jak zawsze rachunek przyjdzie zapłacić nam, obywatelom, podatnikom. A rachunek będzie tym dotkliwszy, że nie tylko finansowy.

A tu moje impresje zza kulis finału konkursu ReAct Fashion, który odbył się w 12. pażdziernika w Łodzi:

.

HARMONIA JEST KOBIETĄ

 

W Kongresie Kobiet uczestniczyłam po raz pierwszy, bo do tej pory zawsze coś stało na przeszkodzie. Ale wpisuję sobie to wydarzenie do kalendarza i będę odtąd do niego dostosowywać wszystkie inne plany. Moje wyobrażenie o Kongresie miało się nijak do tego co zobaczyłam. Jak większość, która czyta tylko prasowe doniesienia i ogląda migawki w telewizji myślałam, że jest tłoczno i gwarno, a cała idea to mieszanina dobrych pomysłów z desperacją. Mój obraz uległ zmianie radykalnej. Rzadko w naszych czasach można odczuć taką energię, wolę działania, zobaczyć tyle dobrych chęci i zapału, przekonać się o sile grupy, która konsekwentnie realizuje plan. Jestem wzruszona i zaszczycona zarazem, że dostałam od Magdy Środy i od Henryki Bochniarz propozycję współprowadzenia tego wydarzenia oraz poprowadzenia panelu i debaty plenarnej. Przy okazji wysłuchałam kilku niesamowicie ciekawych dyskusji z tematyką kobiecą, aczkolwiek nie tylko, w tle. Panel o edukacji, na przykład mógłby się ciągnąć w nieskończoność, gdyby nie dyscyplina czasowa, i tak mocno, w tym przypadku naruszona. Już otwierająca Kongres sesja plenarna wyśrubowała poziom wszystkich późniejszych spotkań. Na jednej scenie wystąpiły panie, które są wizytówką ruchu ale też symbolem mądrego i rzetelnego działania. Obok Henryki Bochniarz i prof. Magdaleny Środy, prof. Danuta Hubner, europosłanka Lena Kolarska-Bobińska, min. Beata Stelmach, prof. Katarzyna Duczkowska – Małysz i kierująca Stowarzyszeniem Kongres Kobiet Anna Karaszewska. Nie było pustych haseł i słowotoku, wszystko konkretnie i z wielką pasją: „Skąd przyszłyśmy, dokąd idziemy”. Żadna z pań nie odczytała swojego przemówienia z kartki, co w debatach publicznych w Polsce należy do rzadkości. I każda wiedziała o czym mówi, co należy do rzadkości jeszcze większej. W Kongresie mógł uczestniczyć każdy, bez względu na płeć, i to nieodpłatnie. Zapisało się 9,5 tysiąca osób. 99% stanowiły kobiety. Zdarzały się Kongresy z większą męską reprezentacją, ale wyłącznie wtedy, kiedy akurat zbliżał się termin wyborów i trzeba było powalczyć o głosy kobiet. Bo jest o co walczyć, w końcu kobiety stanowią 52% naszego społeczeństwa i, tak, mają prawo głosu. Szkoda, że mężczyźni pojawili się śladowo, bo tu akurat można się było naprawdę wielu ciekawych i pożytecznych rzeczy dowiedzieć. Mam porównanie, bo dopiero co wróciłam z bardzo zmaskulinizowanego Forum Ekonomicznego w Krynicy…

Na zakończenie Kongresu miałam przyjemność moderować w Sali Kongresowej sesję plenarną na temat godzenia ról. Fantastyczne panelistki (prof. Joanna Regulska, v-ce rektorka Rudgers University, Barbara Limanowska z European Institute for Gender Studies, Grażyna Czubińska z Polish Psychologists Association in London) opowiadały jak kobiety w różnych krajach radzą sobie z „work life balance” (równowagą między życiem zawodowym a prywatnym), mówiły o rozwiązaniach systemowych i inicjatywach samych kobiet, Teresa Kamińska, szefowa Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej pochwaliła się jak to wygląda u niej, a minister Władysław Kosiniak –Kamysz mógł się chwalić umiarkowanie, bo wszyscy wiemy jak to generalnie w Polsce wygląda… Bardzo ciekawa i bardzo potrzebna w naszych czasach dyskusja, bo, jak powiedział na zakończenie Kongresu premier Tusk, w dzisiejszych, trudnych czasach nie możemy pozwolić sobie na to, żeby kobiety miały problem z aktywizacją zawodową. Kobiety mogą i chcą pracować, ale jednocześnie są w dużo większym stopniu niż mężczyźni obciążone obowiązkami domowymi. W takiej sytuacji nie ma mowy o żadnej równowadze, a bez niej jest stres (stres jest bezpośrednią przyczyną blisko 90% chorób u ludzi w wieku produkcyjnym…), wypalenie zawodowe, problemy w domu i słabe wyniki w pracy. Mężczyźni, nasi partnerzy, powinni mieć tego świadomość. Wspólnie powinniśmy wypracować taki model współegzystencji, żeby przyniósł korzyść i jednym i drugim. Czy jest to możliwe? Jak pokazuje doświadczenie państw wysoko rozwiniętych, jest. Ale w Polsce mamy w tej kwestii naprawdę dużo do zrobienia.

Chciałabym przenieść temat i atmosferę tej debaty do internetu. Dlatego rozpoczynam AKCJĘ „HARMONIA JEST KOBIETĄ czyli współczesne godzenie kobiecych ról”, składającą się z sondażu i debaty. Na moim blogu, zamieszczę ankietę, przygotowaną przy współpracy ze Stowarzyszeniem Kongres Kobiet i Onetem, w której pytamy czego najbardziej potrzebujemy, żeby godzić nasze role i zrównoważyć życie prywatne i pracę. Już zaczęliśmy nad tą ankietą pracować, za chwilę powinna być dostępna. Liczę, że weźmiecie w tej akcji udział. Wyniki zostaną przekazane SKK dając , mam nadzieję, początek twórczej dyskusji na ten temat.

Ps. W kwestii godzenia ról wypowiedziało się w ostatnich dniach kilku znanych panów. Utyskują oni na swój los i zarzucają kobietom, że zbyt wiele od nich oczekują. Drodzy koledzy, nie „zbyt wiele”, tylko PO RÓWNO! Ale „po równo” widać dla niektórych znaczy zbyt wiele… Mogłabym, analogicznie do Was napisać, że nasi faceci oczekują od nas niemożliwego: że urodzimy im dzieci, ale po ciąży od razu wrócimy do formy, że będziemy zajmować się domem, ale jednocześnie pracować i dokładać się po równo do domowego budżetu, że będziemy zabierały głos w dyskusji, jednocześnie zawsze przyznając rację swojemu mężczyźnie, że będziemy tolerancyjne i miłosierne, gdyby jednak skok w bok okazał się pomyłką i w końcu że będziemy zawsze młode i atrakcyjne….

KOLEJNY PIERWSZY DZWONEK

Za chwilę rozpoczęcie roku szkolnego. Jako mama dzieci w szkolnym wieku, a więc poniekąd uczestnik szkolnego życia, ale również jako zwykły obserwator chciałabym dołożyć swój głos do dyskusji, która, jak co roku zapewne rozpocznie się 1. września. Posłużę się przykładami amerykańskimi bo znam je z autopsji. Już 15 lat temu zaangażowałam się w działalność Ireny Koźmińskiej i jej Fundacji ABCXXI (min. akcja Cała Polska Czyta Dzieciom). To Irena zaraziła mnie swoją fascynacją różnymi aspektami amerykańskiej edukacji. To dzięki niej przeczytałam książki najwybitniejszych amerykańskich psychologów i pedagogów, jak również miałam okazję z nimi później dyskutować. Wiem, co stereotypowo myśli się u nas o Amerykanach i o tym czego uczą w szkole swoje dzieci. Chciałabym, korzystając z okazji parę rzeczy wyjaśnić i wyprostować. Z góry mówię, że nie chcę krytykować polskiej szkoły, ani nikogo piętnować. Uważam po prostu, że powinniśmy otworzyć się na dobre doświadczenia innych i z nich skorzystać, a nie zakładać z góry, co często mamy w zwyczaju, że dobre jest tylko to, co nasze. Do zebrania moich doświadczeń i edukacyjnych przemyśleń zachęciła mnie Małgosia Ohme, psycholog dziecięcy, a obecnie naczelna czasopisma dla rodziców GAGA. Poniżej krótkie fragmenty naszej rozmowy, która w całości ukaże się w najnowszym numerze GAGI.

Co jest najważniejsze w początkowej edukacji w Polsce? Nauczyć dziecko pisać i czytać. A co jest najważniejsze w amerykańskim sposobie nauczania małych dzieci? Nauka wartości i zachowań społecznych. Dziecko, zdaniem Amerykanów powinno przede wszystkim potrafić nawiązywać kontakty, współpracować, posiadać umiejętność autoprezentacji adekwatną dla swojej grupy wiekowej.

Amerykański system edukacji przoduje w nauce umiejętności pracy w grupach, jednocześnie ucząc szacunku dla pracy indywidualnej. Czyli: „Moja praca złoży się na dobrą ocenę pracy w grupie, ale każdy musi się postarać“. I tego dzieci uczą się od czwartego roku życia. Nie ma „moje“, „nie podglądaj“, „nie pożyczę, nie dam“. Zamiast tego nauczyciele korygują zachowania, w ten sposób ucząc dzieci, że „ja się z tobą podzielę tym, co mam, a ty się ze mną podzielisz tym, co ty masz“ albo „ja potrafię to, a ty tamto, razem będziemy mogli zrobić więcej i lepiej“.

Poza tym system amerykański wychodzi z założenia, że każde dziecko rozwija się w swoim tempie, więc do czwartej klasy nie ma ocen, bo mogą demotywować i hamować prawidłowy rozwój. Pod koniec każdego trymestru rodzice w USA dostają list z obserwacjami na temat dziecka, które nawet na poziomie sformułowań brzmią inaczej niż polskie świadectwa opisowe np. umiejętność „jeszcze wymaga dopracowania“, „jeszcze wymaga rozwoju“, „jest na prawidłowej drodze rozwoju“. Najniższa ocena to „yet to be developed“ (wymaga rozwoju). To brzmi bardzo pozytywnie, nie stresuje ani dziecka ani rodziców, a wskazuje jedynie na co należy zwrócić uwagę. W amerykańskim systemie dzieci co roku mają innych kolegów w klasie, bo dzieci się miesza i tworzy nowe grupy, co u nas jest nie do pomyślenia. W Polsce rzadko kiedy zmienia się miejsce zamieszkania, rodzice niezbyt często przenoszą się do innego miasta do pracy, za to często żyją na jednym osiedlu przez całe życie. Nie mamy takiego schematu, który wymagałby od nas rozwoju umiejętności adaptacji, co jest  w życiu niezwykle pomocne. W Ameryce, gdzie ludzie kupują i sprzedają domy na potęgę, są mobilni – podążają za pracą, są otwarci, bez problemu zmieniają miejsce zamieszkania – inaczej się na to patrzy. W szkole amerykańskiej dzieci co roku poznają nowe środowisko, zawiązują nowe relacje. I to jest ta cenna lekcja, dzięki której dzieci uczą się być ciekawe innych, otwarte, nie bać się zmian, nie bać się ludzi, nowych grup.

Znam polski system edukacyjny ze swoich czasów.  To, co mnie teraz zaskakuje to fakt, że tak niewiele się od tamtych czasów zmieniło. Nadal, mimo prób wprowadzenia zmian króluje system uczenia, w którym trzeba wkuwać bez zrozumienia. I to niezależnie od tego, iż niemal każdy nauczyciel deklaruje, że oczekuje od dzieci przede wszystkim myślenia. Wielu nauczycieli nadal uczy w podobny sposób: odtwórczo, nudno, nie zachęcając młodzieży do dyskusji i myślenia właśnie. A gdzieś w tle jest tylko duża dawka stresu, który ma dziecko „motywować” do nauki.

Mam wrażenie, że wciąż brakuje nam mądrego jednolitego systemu nauczania, który określałby nie tylko czego, ale również w jaki sposób należy uczyć. Znów wrócę do Ameryki. System nauczania w USA jest niezwykle poukładany. Dokładnie wiadomo, czego nauczyciel ma nauczyć na każdym poziomie edukacji. Co więcej, wiadomo, jakich narzędzi edukacyjnych ma do tego celu użyć.

Od wielu osób w Polsce, szczególnie tych, którzy nigdy w Stanach nie byli słyszałam, że amerykańskie szkoły są na niskim poziomie, a sami Amerykanie nic nie wiedzą. Zawsze wtedy zadaję pytanie: jak to się w takim razie dzieje, że to nie gdzie indziej tylko w Ameryce są najlepsze na świecie uniwersytety i to właśnie nie kto inny jak Amerykanie mają największą liczbę noblistów…?

 

OSCAR P.

Poznajecie tego sportowca?

http://dziendobry.tvn.pl/video/rusin-zmierzyla-sie-na-biezni-z-legendarnym-lekkoatleta,104,best,55275.html

Nie trzeba się jakoś specjalnie interesować sportem, żeby znać jego nazwisko, bo Oscar Pistorius, pomimo swoich zaledwie 26 lat to już żywa legenda. W Londynie, w półfinale biegu na 400 metrów zajął wprawdzie ostatnie miejsce, ale to właśnie od niego chciał dostać koszulkę startową późniejszy triumfator na tym dystansie Kirani James. – Myślisz, że mógłby wystawić tę Twoją koszulkę na aukcję – zapytałam Oscara Pistoriusa w Warszawie, trochę ponad tydzień po tym wydarzeniu. – No chyba nie –  zaśmiał się – Kirani to dobry chłopak i przyjaciel, pewnie chciał mi tylko sprawić przyjemność. Nie wydaje mi się, żeby chodziło tylko o to. Wprawdzie Kirani James wywalczył olimpijskie złoto, ale to o Pistoriusie trąbiły wszystkie media. W końcu to on jako pierwszy niepełnosprawny sportowiec wystąpił na olimpiadzie w rywalizacji z pe łnosprawnymi biegaczami. Jego koszulka to cenny nabytek, za który wiele by dało niejedno muzeum sportu. Pistorius udzielił nieskończonej ilości wywiadów, przed olimpiadą, w jej trakcie i po niej. Bez przerwy musiał odpowiadać na dziesiątki takich samych, albo podobnych pytań –  jak to jest być pełnosprawnym niepełnosprawnym, jak do tego doszedł, co sądzi o kontrowersjach na temat jego protez itd. Bardzo byłam ciekawa jaki jest w bezpośrednim kontakcie, tym bardziej, że słyszałam, że powoli ma już dosyć, a jeden z wywiadów (dla radia BBC ) po prostu przerwał, bo poczuł się urażony pytaniem. Bez wahania skróciłam długi weekend na Mazurach i wróciłam do Warszawy, kiedy dowiedziałam się, że wywiad dla Dzień Dobry TVN ma być jedynym, którego udzieli polskim mediom (poza konferencją prasową). Nie żałuję! Oskar nie tylko zgodził się ze mną pobiegać, ale udzielił też bardzo szczerego wywiadu, który może być inspiracją dla wszystkich, zarówno niepełnosprawnych jak i pełnosprawnych.

Oczywiście, każdy polski rodzic niepełnosprawnego dziecka, które tak jak Oscar Pistorius urodziło się z deformacją, bądź też straciło nogi odpowie od razu, że „niemożliwe” jest w Polsce bardziej niemożliwe niż na przykład w RPA, skąd Pistorius pochodzi. Jego rodzice, po konsultacji z lekarzami podjęli decyzję o amputacji poniżej kolan obu zdeformowanych nóg Oscara, gdy ten miał zaledwie 11 miesięcy, ale wychowywali go tak, jak jego starszego brata, starając się nie zwracać szczególnej uwagi na jego ułomność. Oscar chodził po drzewach i szalał z kolegami zużywając po kilka protez w miesiącu. No właśnie… Skąd je miał…? Otóż dostawał, bo tak to w RPA wygląda. Miał więc szansę normalnie się rozwijać, grać w tenisa, piłkę wodną a nawet w rugby! Opowiadał mi ze śmiechem, o tym, jak podczas jednego z meczy zgubił swoją „nogę”. Aż trudno uwierzyć, ale on naprawdę wydaje się nic sobie ze swojej niepełnosprawności nie robić. Bardzo podobało mi się jedno zdanie, które wielokrotnie powtarza, że ludzie traktują nas tak, jak my traktujemy siebie, a ponieważ on nigdy nie uważał się za osobę niepełnosprawną więc w jego najbliższym otoczeniu nie był to jakiś wielki problem. Pistoriusowi przyznano oficjalnie prawo do startów w zawodach sportowych, w tym olimpijskich w 2008 roku, choć towarzyszyło temu wiele kontrowersji związanych z technicznymi możliwościami specjalnych protez z włókna węglowego, których używa. Oscar zakwalifikował się do Londynu, nie pobił tam rekordu, ale za to jako pierwszy w historii niepełnosprawny sportowiec wystąpił nie tylko na samych igrzyskach, ale również w olimpijskim finale (bieg sztafetowy na 400 m.). Niezwykła postać, pozytywny człowiek, nic dziwnego, że na jego cześć wiwatowały tłumy kibiców w Londynie. Jak napisała jedna z brytyjskich gazet: takiej histerii nie widziano tam od czasów Beatlesów… Jakie emocje wzbudzi występ Oscara Pistoriusa podczas memoriału Kamili Skolimowskiej zobaczymy jutro (w niedzielę 19-go sierpnia)

KU PAMIĘCI

Pozdrawiam serdecznie, tym razem z Mazur. Przyjechałam tu właściwie prosto z lotniska. Korzystam z uroków długiego weekendu, spaceruję po lesie, rozmawiam z przyjaciółmi, jeżdżę konno. Sielsko… Czuję się tu naprawdę wspaniale i nie zamierzam emigrować z Polski;). Smuci mnie tylko bardzo stan czystości lasów i brzegów jezior. Już o tym raz pisałam i na pewno jeszcze nie raz do tego tematu wrócę. Ale na razie wspomnień czar… miło będzie wrócić za jakiś czas do tych zdjęć. Moja córka spojrzała na Nowy Jork przez obiektyw swojego aparatu i zobaczyła go zupełnie inaczej niż ja. Podoba mi się ta jej wizja. Jestem bardzo dumną mamą i nic tego nie zmieni ;)

 

 

 

 

 

 

„MOJA” AMERYKA…

Dziękuję za zainteresowanieJ. Blisko 200tys. odsłon w ciągu kilku godzin zrobiło na mnie duże wrażenie! Jeszcze większe wrażenie zrobiła dyskusja, która cały czas ma miejsce pod moim wpisem o wycieczce do Stanów. Wiedziałam, że wsadzę kij w mrowisko…;-). Ponieważ zawrzało, czuję się w obowiązku odnieść do części wpisów.

Po pierwsze, mojej opinii o Stanach nie zbudowałam na podstawie jednej wizyty w Nowym Jorku. Pierwszy raz przyjechałam do Ameryki w 1984 roku, jako nastolatka. Wtedy mogłam naprawdę bezkrytycznie zachłysnąć się wszystkim co tu zobaczyłam, bo przyjechałam z biednej Polski, w której nie było dosłownie nic. I, tak, Stany zrobiły na mnie piorunujące wrażenie, z tymi ogromnymi samochodami, drapaczami chmur, sklepami pełnymi wszystkiego, z ludźmi, którzy byli otwarci i bardzo ciekawi opowieści zza żelaznej kurtyny. Przyjechałam na występy z Dziecięcym Zespołem Pieśni i Tańca Varsovia, na zaproszenie amerykańskiej Polonii, której dużą część stanowili wtedy emigranci stanu wojennego, stęsknieni za wszystkim co polskie. Nigdy nie zapomnę występów w Lincoln Center, w sercu Nowego Jorku, kiedy cała sala, płacząc, na stojąco odśpiewała z nami „Płynie Wisła, płynie”, i nigdy nie zapomnę jak wtedy zabrzmiały, wykrzyczane niemalże słowa, „ A dopóki płynie Polska nie zaginie!”. Taki jest początek moich amerykańskich wspomnień.

Ameryka przygarnęła wtedy Polaków, którzy oparli się reżimowi  i, delikatnie rzecz ujmując, zostali z ojczyzny wyproszeni. Emigrantów stanu wojennego spotkałam wiele lat później, kiedy przeprowadziłam się na blisko 4 lata do Waszyngtonu. Wielu z nich bardzo dobrze sobie poradziło, bo „nowa ojczyzna” dała im szansę, a oni z niej skorzystali. Wśród nich są moi serdeczni przyjaciele do dnia dzisiejszego, wykładowcy uniwersyteccy, tacy jak prof. Jerzy Różyłło, doradcy Banku Światowego jak prof. Bartek Kamiński, wybitni dziennikarze, jak Maciek Wierzyński czy Jarek Anders. To oni i ich opowieści wpłynęły w dużej mierze na mój stosunek do Stanów. Ale na Amerykę mogłam też spojrzeć własnymi oczyma. Robiąc reportaże, zwiedziłam sporą część tego kraju, widziałam środkowy zachód, gdzie czas jakby się zatrzymał i gorące południe, gdzie wciąż czuje się klimat rasowych podziałów. „Moja” Ameryka to nie tylko Manhattan! Zgadzam się, że nie można niczego powiedzieć o Stanach, jeżeli było się tylko na krótkiej wycieczce w Nowym Jorku i to wyłącznie na Manhattanie, bo to miejsca dla Ameryki bardzo mało reprezentatywne. Tak się akurat składa, że jestem teraz na Manhattanie i zachwycam się tym, co mi oferuje ( a oferuje bardzo dużo, od wypchanych dziełami sztuki muzeów, po niesamowite przedstawienia na Broadway’u, zapierające dech w piersiach spektakle tańca współczesnego, street art, koncerty i niezliczoną ilość najróżniejszych restauracji, mogących zaspokoić nawet najbardziej wybrednych smakoszy).

Będąc tu zaledwie na krótką chwilę, cały czas pamiętam, co jest poza granicami tego miejskiego molocha. Pamiętam moją podróż do malowniczych i dzikich Catskills Mountains, zaledwie parę godzin jazdy samochodem stąd. Pamiętam wycieczkę na północ, do rezerwatów Indian, którzy korzystając z rządowych przywilejów pozakładali nieopodatkowane kasyna. Pamiętam Woodstock, przemysłowe Detroit i Cleveland, St. Paul-Minneapolis, czy Buffalo. Pamiętam Knoxville w stanie Tennessee, w którym nie dzieje się nic specjalnego, poza doroczną walką amatorów na gołe pięści i urocze Santa Fe pod granicą meksykańską. Robienie reportaży to nie była jedyna praca jaką w Ameryce wykonywałam, bo gdyby tak było może faktycznie mój obraz tego kraju byłby niepełny. Jako studentka przyjechałam tu na językowe kursy wakacyjne, a zarabiałam na nie opiekując się dziećmi. Przez blisko 3 miesiące mieszkałam z ludźmi, którzy byli typowymi przedstawicielami amerykańskiej średniej klasy. Poznałam wtedy nie tylko ich, ale też wielu Polaków, którzy ciężko pracując marzyli o lepszym życiu w kraju. I wielu z nich to się udało. Poznałam też takich, których plany wydawały mi się wtedy totalną utopią. A jednak… Moja przyjaciółka Agnieszka, tak jak planowała nostryfikowała swój dyplom z medycyny i jest teraz wybitnym kardiologiem, z prywatną praktyką w Chicago. Bo Ameryka cały czas daje szansę tym, którzy chcą z niej skorzystać…

Za chwilę pojedziemy pociągiem do Waszyngtonu, który pokochałam dopiero w połowie czteroletniego w nim pobytu. Na początku wydawał się odpychający, kostyczny, zasadniczy, ograniczony, ale dzięki cudownym, poznanym tu ludziom dał się oswoić i stał się poniekąd moim drugim domem. Po Waszyngtonie mogłabym oprowadzać wycieczki, znam tu, może nie każdą, ale wiele uliczek, znam zaułki, muzea, restauracje. Ostatni raz odwiedziłam Waszyngton, razem z moją mamą i córkami 7 lat temu. Jestem ciekawa czy i jak się zmienił. Opuszczam Nowy Jork cały czas nie mogąc wyjść z podziwu dla tego, co udało się jego władzom tu zrobić. Pamiętam dobrze Nowy Jork sprzed blisko 17 lat. Jeżeli ktoś twierdzi, że teraz jest niebezpieczny i brudny to powinien się przenieść w czasie o te kilkanaście lat. Nie wiem jak tego dokonali merowie miasta – Giuliani i Bloomberg, ale zmieniło się tu naprawdę dużo. Kiedyś wyprawa na daleki Harlem była trochę jak survival w dżungli, teraz pojechałam tam metrem razem z córką, do kościoła baptystów na Convent Street i nawet przez chwilę nie miałyśmy poczucia jakiegokolwiek zagrożenia. Zaskoczyła mnie też, niegdyś portowa dzielnica Tribeca. Odkąd postanowił zainwestować tu swoje pieniądze Robert De Niro, budując, razem ze wspólnikami piękny hotel Greenwich, tworząc Centrum Filmowe, a w nim słynny festiwal, to miejsce po prostu kwitnie. Nieopodal, dosłownie w oczach rośnie nowe World Trade Center, dookoła jest mnóstwo klimatycznych knajpek i kawiarni, a atmosfera przypomina trochę Paryż. Nie do poznania jest też teraz „polski” Greenpoint. Z dzielnicy biednych emigrantów wyrasta na jedno z najmodniejszych miejsc w mieście. Nowoczesne budynki, które tu powstają będą miały jeden z najlepszych i najpiękniejszych widoków na Manhattan. Nic dziwnego, że deweloperzy liczą na tych, którzy na Brooklinie szukają teraz spokojniejszej, od zatłoczonego centrum przystani. Poza widokiem, dostaną na Greenpoincie idealną lokalizację, zaledwie długość mostu od ścisłego centrum Manhattanu.

Wyjeżdżam teraz z Nowego Jorku, ale przy swoim zdaniu pozostanę: może i jest to miasto wielu kontrastów, w którym bogactwo spotyka się z biedą, luksus z brudem, biedni emigranci żyją obok oderwanych od rzeczywistości miliarderów, w którym jest tłoczno i potrafi być nieznośnie duszno, ale nigdzie indziej życie nie tętni tak, jak tu. Tu nie sposób się nudzić, chociaż „miasto, które nigdy nie śpi” może też porządnie człowieka wymęczyć.

To może na zakończenie powtórzę tylko: dobrze się w Stanach czuję i lubię tu wracać. Tym właśnie chciałam się podzielić zamieszczając wpis i zdjęcia z Nowego Jorku;-). Ps. Wszystkie zdjęcia są autorstwa mojej córki Igi (dziękuję:-))

 

 

Wakacji ciąg dalszy


 

Wracam tu kiedy tylko mam okazję. Kocham Stany za wielokulturowość, za tolerancję, za uśmiech zwykłych ludzi na ulicy, za bezinteresowną życzliwość, za to, że to wciąż kraj który daje szansę. Długo można by dyskutować o tym, jaka Ameryka jest, co w niej może drażnić, o tym, co przeciętny Amerykanin wie, a czego nie wie. Często jestem świadkiem takich dyskusji i zawsze wtedy wolę milczeć. Każdy ma swoje doświadczenia i przemyślenia. Ja z czteroletniego pobytu w Ameryce mam w zasadzie same pozytywne wspomnienia i kiedy wysiadam tu z samolotu po prostu się uśmiecham. Kiedyś zapytałam moje córki, co najbardziej podobało im się w Stanach ( a zobaczyłyśmy wtedy naprawdę dużo…), odpowiedziały zgodnie, że „mili ludzie”. I coś w tym jestJ. Ps. Zdjęcia z Nowego Jorku są autorstwa mojej 13to letniej córki.

MAZURY CUD NATURY

Spełniając prośbę „MAŁGOSI” parę słów o Maratonie Mazury i moim w nim udziale. Idea biegania po mazurskich lasach uwiodła mnie od razu. Skoro dzięki wielkim, miejskim  maratonom promuje się wielkie, bogate miasta, to dlaczego mazurski maraton nie miałby promować takiego wspaniałego regionu Polski jakim jest Kraina Tysiąca Jezior? Jest się w końcu czym pochwalić i zdecydowanie, przy okazji, jest o czym mówić. Zaangażowałam się w ten pomysł od samego początku i z największą przyjemnością wsparła go również moja firma Pat&Rub by Kinga Rusin. Uznaliśmy, że jeżeli się promować to właśnie tu, na łonie natury.

Jeżeli coś wspierać i popierać to tylko aktywnie. Malina Ferenstein, czyli pomysłodawczyni i organizatorka imprezy ulitowała się nad trochę mniej wytrzymałymi biegaczami i przy okazji samego maratonu wymyśliła imprezę towarzyszącą, dla tych wszystkich, którzy kochają Mazury, czyli bieg na 10km szlakiem malowniczej Krutyni. 10km to ponad czterokrotnie krócej niż wynosi dystans maratonu, ale i do takiego wysiłku trzeba się jakoś przygotować, żeby wypaść godnie;-).

Bieganie nie należy do moich ulubionych sportów, ale faktycznie doskonale wpływa na formę i figurę, więc nie zastanawiałam się nad sensem biegania zbyt długo. Każdą formę  aktywności fizycznej konsultuję z moim rehabilitantem i tak też było tym razem. Szczęśliwie Szczepan, na zdjęciu to ten wysoki blondyn, który biegnie koło mnie, prowadzi również zajęcia z techniki biegania i sam kiedyś wyczynowo uprawiał ten sport. Byłam więc w dobrych rękach. Po trwającej ponad rok rehabilitacji po poważnej kontuzji kręgosłupa wróciłam do biegania w październiku. Spotykaliśmy się dwa razy w tygodniu, wczesnym rankiem. Jesienią biegaczy było jeszcze całkiem sporo, ale im robiło się zimniej, tym więcej ich ubywało. Kiedy temperatury spadły poniżej zera, rano w parku mijałam się już tylko z… Moniką Olejnik;-). Dotrwałam do wiosny, a potem było już tylko łatwiej, bo cieplej. Zaczynamy zawsze od truchtu a potem ćwiczeń rozciągających, takimi sami ćwiczeniami kończymy. Kiedy mam jeszcze chwilę wolną, to, zaraz po bieganiu, jadę poćwiczyć z żoną Szczepana, Renią – to ta drobna brunetka po prawej. Renia dba już od jakiegoś czasu o moją kondycję i ćwiczyła ze mną będąc nawet w zaawansowanej ciąży. Bardzo się ucieszyłam że Renia i Szczepan zdecydowali się pobiec razem ze mną, bo miałam motywację i fachowe porady po drodze. Szczepan przez całe 10km nie dał mi zapomnieć o tym, że biegamy po najpiękniejszych polskich terenach, powtarzając co krok: „Ależ tu jest obłędnie!”. Trasa była faktycznie fantastyczna i bardzo urozmaicona: głównie drogi szutrowe, ale też leśne dukty i piaszczyste ścieżki, trudne do pokonania, szczególnie pod koniec biegu. Na szóstym kilometrze jeszcze miałam nadzieję na pobicie życiówki, czyli 54min, ale niestety trochę pod koniec osłabłam i ostatecznie dobiegłam w czasie 1,01h. Może rezultat nie powala, szczególnie w porównaniu z czasem zwycięzcy: 31min!!! (gratulacje Kuba!), ale pierwsze koty za płoty.

Mam nadzieję, że uda się wypromować Maraton Mazury jako wizytówkę Polski i w przyszłym roku ściągnie tu wielu zagranicznych zawodników, dziennikarze i stacje telewizyjne. Dobrze by było wykorzystać dobrą prasę po Euro i chwalić się tym, co mamy najlepsze: wspaniałą, jeszcze cały czas nieskażoną przyrodą, dobrą, opartą o naturalne produkty, polską kuchnią, gościnnością i otwartością. Tego właśnie szukają teraz turyści, umęczeni komercjalizacją, tłokiem i upałami południowej Europy. Przy okazji warto głośno dyskutować o tym, jak Mazury chronić, co robić ze ściekami, które spływają, nawet z największych hoteli prosto do jezior, jak zachęcić turystów, żeby zamiast śmiecić sprzątali (byliście kiedyś na Mazurach po sezonie? Wejście do lasów okalających jeziora to masakra! Przepraszam za dosłowność, ale w tym przypadku inaczej się nie da: są zasrane!). Dlaczego lokalne władze nie zabezpieczają specjalnych koszy na śmieci, nie sprzątają regularnie i nie karzą śmiecących? Dlaczego właściciele żaglówek nalewają paliwo do swoich silników z kanistrów na środku jeziora, rozlewając przy okazji dużą jego część? Dlaczego w nielicznych portach i przystaniach w zasadzie nie ma toalet i sanitariatów, a żeglarze myją siebie, swoje łódki i naczynia bezpośrednio w wodzie? Dlaczego w końcu na Mazurach wciąż organizuje się polowania z nagonką? Kiedy odwiedziłam Mazurski Park Krajobrazowy w listopadzie zeszłego roku mało nie padłam z wrażenia. W ciągu paru tygodni przybyło tu kilkaset!!! ambon. Bynajmniej nie po to, żeby ułatwić bezkrwawe polowania z aparatem…. Jak powiedział mi jeden z lokalnych mieszkańców (anonimowo, bojąc się konsekwencji ze strony myśliwskiego lobby…) polowanie z nagonką to „holokaust zwierząt”, niedopuszczalna procedura we współczesnym, cywilizowanym świecie. Trudno się z tym nie zgodzić, kiedy widzi się zdjęcia łąk pokrytych trupami zwierząt i myśli o setkach innych, które niecelnie trafione, ranne dogorywają gdzieś w strasznych męczarniach w lesie… I to wszystko ponoć zgodne z prawem… O tym wszystkim chciałam rozmawiać, dlatego pobiegłam w Maratonie Mazury. Właśnie zaczęły się wakacje, turystów i śmieci coraz więcej, do sezonu polowań zostało parę miesięcy. Więc kiedy się za to zabrać jak nie teraz?

Wracam do gry!

Wracam do gry!!! Właśnie teraz z Agnieszką Radwańską, drugą rakietą Świata. Odbierając na kortach Wimbledonu nagrodę Agnieszka płakała. Miała ambicje na wygraną, ale czy ktoś przed rozpoczęciem turnieju spodziewał się aż tak wiele? Aga jesteś wspaniała! Pękałam z dumy oglądając ten finał. Dzięki Tobie. Nikt nie lubi przegrywać, ale przegrać z Sereną Wiliams i to w takim stylu i to z zapaleniem krtani to nie wstyd.

Ależ to było fascynujące sobotnie popołudnie! Usiadłam przed telewizorem bez specjalnie wysokich oczekiwań. Aga osiągnęła i tak już bardzo dużo – półfinał Wimbledonu. Pierwszy set nie przyniósł wielkich nadziei, ale drugi był FANTASTYCZNY! Trzeci obejrzałam na bezdechu. Polka przegrała, ale co to były za emocje! Dzięki Agnieszko! Jesteś wielka! Dziewczyna z Krakowa naprzeciwko prawdziwej maszyny z USA.

Pamiętam, kiedy spotkałam się dwa lata temu z Agnieszką na kortach w Sopocie. Byłam zaskoczona, że muszę wysoko zadzierać głowę w czasie wywiadu, chociaż nie jestem niska (170cm). Agnieszka jest smukła, ma obłędnie długie i zgrabne nogi, robi wrażenie, nie sposób jej nie zauważyć, a kiedy staje obok Sereny Williams w zasadzie jej nie widać. Jakaż ta Serena musi być w rzeczywistości ogromna! Samo to może już przeciwniczkę sparaliżować. Plus doświadczenie, lista osiągnięć i zer na koncie, sława, która od lat się za nią ciągnie… Serena przełamuje wszelkie standardy. To w końcu ona wystąpiła na okładce Sports Illustarted w kostiumie kąpielowym, chociaż zazwyczaj w takich sesjach oglądamy szczupłe modelki. Nie ukrywam, uwielbiam Serenę, jak pewnie wiele osób kochających tenis, pomimo tego, że jej gra jest mało finezyjna, siłowa, ale historia życia, determinacja, sportowy duch, osiągnięcia imponujące. Serenę uwielbiam ale Radwańską jeszcze bardziej!

Śledzę jej karierę od początku, zawsze trzymam kciuki, cieszę się kiedy znajduje chwilę na wywiad dla Dzień Dobry TVN. Bardzo się ucieszyłam kiedy w końcu weszła do pierwszej dziesiątki kobiecego tenisa, chciałam ją poznać, porozmawiać w cztery oczy. Udało się w Sopocie. Agnieszka chciała  zaprezentować się w sukience i szpilkach, ja marzyłam o wywiadzie na korcie i chociaż symbolicznej wymianie piłek z ósmą już wtedy rakietą świata. Żeby mieć co wnukom opowiadać;-). Oczywiście byłam gotowa ustąpić, ale Agnieszka zrobiła mi niespodziankę i zeszła do hotelowego lobby w dresie. Od razu zwróciłam uwagę na te słynne już, perfekcyjnie zrobione, czerwone paznokcie. Na finale Wimbledonu też takie miała… Ależ mocno trzymałam za nią kciuki, ależ głośno krzyczałam za każdym razem kiedy piłka trafiała w kort! Czułam się tak, jakbym oglądała finał Euro z udziałem Polaków, tylko transmisji w telewizji polskiej nie było…

Jest w moim tekście podniecenie i patos jak to zwykle w takich podniosłych chwilach bywa. Przepraszam za to, bo sama takiego stylu nie lubię, ale to w polskim sporcie moment historyczny, więc i mnie poniosło. Przepraszam też, że tak długo milczałam. Liczę na wyrozumiałość i mam nadzieję, że wszyscy, którzy musieli przeżyć egzaminy swoich dzieci do liceum mnie zrozumieją. Nie mogłam na niczym się skoncentrować. Teraz już w naszym szkolnym życiu  jest spokojniej. Egzaminy zdane i wybory dokonane. Mam nadzieję, że właściwe… A ja mogę wrócić do mojego bloga;-). Ps. Sukces polskich siatkarzy też przeżywam i docieniam baaardzo, żeby nie było…;-). Mam nadzieję na powtórkę na Olimpiadzie. Już wkrótce…