Miesięczne Archiwa: Marzec 2012

Wyłączę Narodowy!!!

WEJDŹCIE KONIECZNIE:  

To ja na Stadionie Narodowym (być może w tym samym fotelu siedział całkiem niedawno Ronaldo…. ;-)). Nie powiem, stadion zrobił na mnie wrażenie! Jest naprawdę imponujący i bez wątpienia już stał się nową wizytówką stolicy. Pięknie się prezentuje szczególnie wieczorem, kiedy jest podświetlony. Jadąc Wisłostradą trudno oderwać od niego wzrok. Dlatego tym bardziej się cieszę, że WWF mi właśnie powierzył zadanie wyłączenia tej całej iluminacji w ramach Godziny dla Ziemi, a miasto Warszawa wyraziło na tę spektakularną akcję zgodę. Jest tylko jeden warunek… Na stronie WWF’u do soboty, do godz 20.30 musi się zarejestrować 30 tysięcy osób. Kiedy piszę ten tekst jest piątek 01.35, a na liczniku WWF 16888 zarejestrowanych. Mam nadzieję, że brakujące 13112 osób zdąży jeszcze poprzeć akcję przed upływem terminu…

Już w sobotę, 31.marca o 20.30 na całym świecie wielu ludzi wyłączy na godzinę światła w swoich domach, zgasną iluminacje najsłynniejszych gmachów i obiektów, od wieży Eiffla po egipskie piramidy i warszawski Pałac Kultury. Po co? Czy wyłączenie świateł faktycznie pozwoli nam zaoszczędzić jakieś znaczne ilości energii? Czy przyłączenie się na godzinę do tej akcji pomoże nam pozbyć się na kolejny rok wyrzutów sumienia z powodu codziennej obojętności na sprawy środowiska naturalnego? Czy wyłączając światło możemy mieć chociaż przez chwilę uprawnione poczucie misji? Być może. No więc o co tu właściwie chodzi!? O wszystko po trochu! Ale przede wszystkim o szum, o mobilizację, o działanie! Akcja jest globalna, a jej pomysłodawcy i organizatorzy chcą w ten sposób zwrócić uwagę na problemy środowiska naturalnego i chcą żebyśmy chociaż przez chwilę uświadomili sobie nasz przemożny wpływ na nie. Gaszenie zbędnego oświetlenia, nie od święta ale na co dzień to przecież żaden wielki wysiłek. Jeżeli będą o tym pamiętać ludzie na całym świecie to z prostego rachunku wynika ogromna oszczędność energii, mniej gazów cieplarnianych, więcej świeżego powietrza, ograniczenie degradacji środowiska.

W akcję WWF’u zaangażowałam się już rok temu. Pamiętam dyskusje na temat mojego eko życia więc na wszelki wypadek od razu chcę odpowiedzieć wszystkim zainteresowanym. W domu mam oświetlenie ledowe, a pozostałe lampy zaopatrzyłam w enegrooszczędne świetlówki. Zbędne światła w ogóle gaszę, a wieczory chętnie spędzam przy świecach. Pomimo tego, że mam przepiękny widok z wanny na salon, do tej pory z niej jeszcze nie korzystałam. Wybieram prysznic zamiast kąpieli bo oszczędzam nie tylko wodę ale i czas. Segreguję śmieci. Zużyte baterie wrzucam do specjalnego kosza na stacji benzynowej. Wyłączam z kontaktów ładowarki. W domu używamy wyłącznie naturalnych detergentów i wszelkich środków czyszczących. Mój samochód jest wyposażony w bardzo oszczędny silnik diesla. Chętnie przesiadłabym się na rower, gdyby ścieżka prowadząca od mojego domu nie urywała się nagle w najbardziej ruchliwym punkcie ulicy Puławskiej… Ale mam nadzieję, że i tę trudność uda mi się jakoś tej wiosny pokonać. Jestem zwolennikiem polityki małych kroków. Małe kroki wielu ludzi to jeden wielki krok w stronę ekologicznej świadomości. By żyło się lepiej!:-)

zdjęcia: Maciej Stefański chwilamoment.com

Wchodzicie w to?

Cieszę się z każdego komentarza, w którym ktoś wyraża podziw dla Sławomira Mrożka. I tym bardziej cieszę się z wywiadu, który udało mi się dla Was przeprowadzić (emisja 24. marca w DDTVN). Dziękuję za wszystkie wpisy pod poprzednim postem. Pewnie, że podobnie jak Anna uważam, że takich reakcji pełnych uznania w przypadku Mrożka powinno być więcej, ale może nie wszyscy wiedzą, że można, tak po prostu, w internecie napisać „uwielbiam”, „podziwiam”, „szanuję”… A Mrożek zasługuje na to jak niewielu. Myślę, że podziw dla jego twórczości, dla przenikliwości, wyjątkowej inteligencji, błyskotliwego dowcipu i ciętej ironii powinno się wyrazić jeszcze za jego życia. On naprawdę uważa, że młodzi ludzie interesują się nim tylko ze względu na jego wiek i walkę z chorobą, albo z przymusu, bo jest w zestawie lektur szkolnych. Tak ciężko wyciągnąć od niego chociażby jedną refleksję na temat jego własnych dzieł. Twierdzi, że jego czas już minął. A to przecież nieprawda! Mrożek jest w dzisiejszej absurdalnej rzeczywistości wyjątkowo aktualny, a jego Dzienniki (na rynku są już dwa tomy) to istny zbiór złotych myśli, refleksji nad światem i życiem, których próżno szukać gdzie indziej.

Ciekawe czy taka akcja zyskałaby w internecie popularność? Co zrobić żeby zyskała? Mistrz przyjeżdża 22go marca na chwilę do Polski odebrać doktorat honoris causa i wziąć udział w Katowicach w premierze nowej inscenizacji swojej sztuki „Kontrakt”, z końca lat 50-tych. Jeżeli uważacie, że to dobry pomysł, żeby zebrać słowa uznania dla Sławomira Mrożka w internecie, dla którego, jak twierdzi sam Mrożek, jest stracony, piszcie. Może swoimi wpisami zachęcicie duże portale i gazety, żeby rozpropagowały tego typu inicjatywę? W razie czego jestem do dyspozycji i mam kontakt z żoną Sławomira Mrożka – Susaną, chętnie więc przekażę jej wszystkie ciepłe słowa pod adresem jej męża. Co Wy na to?

Ps. Jeden z moich ulubionych rysunków Mrożka (cytuję z pamięci): Zasępiony człowiek myśli  - Skąd tu wziąć 100 złotych…? Patrzy pod nogi, widzi mrówkę – Taka mrówka to ma dobrze… W tym czasie mrówka myśli – skąd tu wziąć sto mrówenów…?Uśmiech

Śniadanie z Mistrzem

To było wielkie przeżycie ale też niemałe wyzwanie. Wejść do czyjegoś domu, do królestwa prywatności, gdzie gości określony porządek i bardzo pożądana rutyna. Ustawić statyw, włączyć kamery, zadawać pytania i czekać na odpowiedzi od kogoś kto, jak sam mówi, wszystko co chciał powiedzieć już dawno napisał. W tym mieszkaniu czas biegnie inaczej, nikt się nie spieszy, za niczym nie goni, tu lubi się ciszę, w salonie nie ma ani telewizora ani nawet radia, a gospodarz nie używa komputera. Sławomir Mrożek niczego nie zbiera, nie kupuje pamiątek, w domu nie ma swoich zdjęć dokumentujących chociażby jego dotychczasowe „ojczyzny”. Kiedy decydował się zmieniać miejsce zamieszkania, a robił to wiele razy, właściwie wszystko zostawiał. Zamykał przeszłość, otwierał przyszłość. Wyjątkiem była przeprowadzka z Meksyku do Krakowa w 1996 roku. Wieźliśmy ze sobą wielki kontener – wspomina Mrożek. Prawie same książki – kwituje jego żona Susana – a chciałam tam upchnąć dużo więcej. Najważniejsze było bezpieczne miejsce dla rękopisów, no i musiał się zmieścić mały taborecik, pochodzący jeszcze ze starego mieszkania w Paryżu. Dlaczego akurat on – pytam Mrożka. Bo ma dobry rozmiar – słyszę w odpowiedzi. Sławomir Mrożek ma prawie 82 lata i za sobą kilka ciężkich chorób. Parę razy ledwo uszedł z życiem. W Meksyku, kiedy miał bardzo poważne problemy z sercem i później w Polsce, kiedy dostał wylewu. Skutkiem wylewu była afazja czyli całkowita utrata zdolności mówienia i pisania. Jednak jakimś cudem z tego wyszedł. „Przypomniał” sobie nie tylko polski ale też inne języki, którymi biegle władał. Kiedy jednak zamawia nam śniadanie w maleńkiej kafejce, kilka przecznic od jego nicejskiego mieszkania, nagle milknie. Patrząc się na mnie usprawiedliwiająco mówi tylko: „To afazja, czasami nadal nie pamiętam słów po francusku…”.

Z kawiarni idziemy na spacer w kierunku nadmorskiej promenady. Spacery to część jego codziennej rutyny. Będę chodził dopóki będę mógł – mówi mi i idzie, całkiem dziarsko, podpierając się tylko od czasu do czasu laską. Mijamy uroczy park: pięknie tu – zauważam – pewnie często tu Pan przychodzi? Nigdy tu nie byłem – odpowiada krótko. Dlaczego – dziwię się głośno. On: Bo tu można spotkać starych ludzi, a oni lubią dużo gadać. Ja: Czasami starsi ludzie mają do opowiedzenia wiele ciekawych rzeczy. On: Ciekawe rzeczy to ja sobie sam wymyślam – cały Mrożek, jak z jego dramatów, ostre, prawdziwe i ironiczne. Sławomir Mrożek nie chce rozmawiać o swojej twórczości, mówi, że to już go męczy. Susana zdradza mi jednak po cichu, o czym jest jego najnowsza sztuka: o miłości i seksie… Ale nie myślcie, że nie ma w niej mrożkowej filozofii – dodaje szybko. Kiedy pytam o tę sztukę Mistrza mówi tylko – zapewniam, że nic już więcej nie napiszę, to będzie ostatnie. Dzień kończymy na dachu hotelu Meridien, w kawiarni z widokiem na morze i Niceę. Miejsce wybrała Susana. Nikt tak jak ona nie wie, co może się Mrożkowi podobać. Zamawiamy po kieliszku szampana. Nigdy tu wcześniej nie byłem – Sławomir Mrożek wygodnie rozpiera się na kanapie i kompletnie wyłącza z naszej rozmowy pozwalając mówić Susanie, co ona akurat robi z nieskrywaną przyjemnością. Włącza się tylko raz: Teraz marzę – mówi z błogim uśmiechem i znów milknie…

1853,2 km od domu…

Ledwo wróciłam ze Stanów, ogarnęłam trochę domowy bałagan, zorientowałam się co nowego w firmie, odbyłam kilka ważnych służbowych spotkań, wyprawiłam urodziny, poprowadziłam weekendowe Dzień Dobry i …. jestem w Nicei. Mogłabym właściwie odpuści i trochę zwolnić, bo nie ukrywam jestem zmęczona, ale… No właśnie czasami są takie „ale” z którymi się nie dyskutuje. I wcale nie chodzi o polecenie służbowe, o nadgorliwość czy pracoholizm. Chodzi o spełnianie marzeń. Jeżeli ma się możliwość spełnić swoje marzenie, to zapomina się o zmęczeniu, odkłada na później wszystkie inne obowiązki i przyjemności. Ja właśnie teraz to robię. Kolejny raz w ciągu tego miesiąca mam szansę doświadczyć czegoś, o czym kilka lat temu nie śmiałabym nawet pomyśleć. Jutro, tu w Nicei spotkam się z człowiekiem wybitnym. Zaproszenie tym bardziej zaskakujące, że nie przepada on, jak powszechnie wiadomo za dziennikarzami i wywiadami. Szczegóły jutro…;-). Na razie szybkie zwiedzanie miasta. Z góry widać wszystko!

Rusin bez makijażu

Tak, tak, kiedy wejdziecie na te linki:

i  

zobaczycie mnie bez tego, co w przypadku programów telewizyjnych zajmuje mi najwięcej czasu. Czyli bez makijażu. Dlaczego? Bo tylko tak mogłam na sobie samej pokazać jak pielęgnować twarz moimi naturalnymi kosmetykami Pat&Rub by Kinga Rusin. Są w 100% naturalne, produkowane z ekocertyfikowanych komponentów, które pochodzą z upraw gdzie nie używa się chemicznych nawozów i chemicznych środków owadobójczych, nie zawierają żadnych szkodliwych substancji, konserwantów, sztucznych barwników czy zapachów. To moja wielka duma!!! Mamy już w ofercie ponad 120 produktów a kolejne są już w przygotowaniu. Więcej informacji na stronie www.patandrub.pl. Zapraszam do oglądania filmów instruktażowych z moim udziałem;-).

Dieta – rady Gillian McKeith!

Jak skutecznie schudnąć? Co zrobić, żeby utrzymać wagę? Jak tracić kilogramy ale nie tracić zdrowia? W Waszym i swoim imieniu zadałam wczoraj te i inne pytania najsłynniejszej chyba obecnie na świecie dietetyczce, która pomaga wielu znanym ludziom min. księżnej Catherinie. Tak na szybko referuję co powiedziała Gillian. Po pierwsze nie mówmy o diecie tylko o zmianie nawyków żywieniowych. żeby schudnąć, utrzymać wagę i być zdrowym nie wystarczy przejść na krótką dietę, trzeba zacząć myśleć o tym co i po co się je. Jeżeli chcesz się pozbyć zbędnych kilogramów zacznij od założenia dziennika/ pamiętnika. Na jego pierwszej stronie napisz dużymi literami CHUDNĘ!, koniecznie używając czasu teraźniejszego. Użycie czasu przyszłego zakłada odłożenie tego faktu w czasie. Tak mi powiedziała Gillian. Następnie na każdej kolejnej stronie, conajmniej przez tydzień dokładnie zapisuj w punktach to co i o której godzinie jesz. McKieth twierdzi, że po tygodniu, sama analiza takich notatek, u kogoś kto je byle jak, byle co i byle gdzie jest wystarczająco mocnym bodźcem do zmian. Nasz żołądek to często prawdziwy śmietnik! Potem nie pozostaje już nic innego jak zabrać się do roboty. Od czego zacząć? Przede wszystkim natychmiast trzeba wyrzucić z lodówki wszystko co zawiera w sobie cukier: słodycze, gotowe sosy, napoje gazowane, soki w kartonach, wysoko przetworzoną gotową żywność, wszelkie czipsy i krakersy. Najważniejsze, zdaniem Gillian jest utrzymanie stałego poziomu glukozy we krwi. Jej wahania zaburzają wydzielanie insuliny a w efekcie powodują odkładanie się tłuszczu. Cukrowi mówi więc zdecydowane NIE i to bez wyjątku!!! Gillian opowiadała mi, że w swojej długoletniej już praktyce miała do czynienia z osobami chorobliwie otyłymi, które często się głodziły a schudnąć nie mogły. WIELKI BŁĄD – mówi Gillian. Te osoby całkowicie zaburzyły swoją przemianę materii. Nierzadko spowolniły ją niemalże do zera. Rada? Trzeba jeść REGULARNIE. Sniadanie, drugie śniadanie, lunch, obiad, podwieczorek, kolacja. Posiłki powinny być regularne ale porcje małe i dostosowane do własnej wagi. Po jedzeniu nie można sobie powiedzieć: najadłem się tak, że nie mogę się ruszać. Gillian jest wielką zwolenniczką jedzenia surowych owoców i warzyw. Rano proponuje koktajle, w ogóle uważa, że w kuchni urządzeniem absolutnie niezbędnym jest sokowirówka. Na koniec najważniejsze i zarazem najprostsze. Codziennie zaczynaj i kończ dzień szklanką ciepłej wody z cytryną. Gillian nie poleca picia wody zimnej bo wywołuje gazy… Absolutnie też odradza popijanie posiłków. Picie w czasie jedzenia rozrzedza soki trawienne i trawienie czyni mniej skutecznym. Pijemy godzinę przed i godzinę po posiłku. I oczywiście bez przerwy w ciągu dnia. Uff… Dużo tego ale rady nie wydają się ani bardzo skomplikowane ani utrudniające życie. No to zaczynamy!;-)

Selah Sue

Selah Sue… Brzmi tajemniczo? Na pewno nie dla wszystkich, chociaż fakt, jest to zjawisko całkiem świeże. O jej pierwszym albumie dowiedziałam się prawie dokładnie rok temu i od razu go zamówiłam (dzięki Kasiu za ten wieczór kiedy słuchałyśmy pierwszy raz Selah Sue przy kieliszku wina, przed Twoim kominkiem…). Kiedy tyko dowiedziałam się, że wystąpi w Polsce natychmiast zamówiłam bilety. Po znajomości, bo od razu zostały wyprzedane… Całe szczęście koncert zorganizowała Monika Klonowska z Good Music, koleżanka od lat, dzięki której mogłam obejrzeć i posłuchać na żywo już wielu fantastycznych, niekomercyjnych wykonawców. Dziękuję Monika za pierwszy w Polsce koncert Little Dragon, za genialną Speech Debelle, za Jill Scott, za Macy Grey , Tricky’ego, Goldfrap, Roisin Murphy i całe mnóstwo innych. No i dziękuję za dzisiejszy koncert Selah Sue. Ty to masz nosa!;-)

Niektórzy złośliwie mogli by powiedzieć, że nie jestem już w targecie Selah, która mając zaledwie 23 lata śpiewa przede wszystkim dla swoich rówieśników. Ale byłoby to bardzo niesprawiedliwe i dla niej i dla mnie. Szczęśliwie nie ma ograniczeń wiekowych w słuchaniu dobrej muzyki. A Sellah śpiewa i gra na prawdę fantastycznie. Jest naturalna, spontaniczna, taka niczym jeszcze nie skażona, świeża. I co najważniejsze nie jest plastikowa! Całkiem niedawno, dokładnie w tym samym miejscu czyli w warszawskiej Stodole przeżyłam prawdziwe katusze słuchając Katy Perry. Obiecałam córkom, że pójdziemy więc nie było wyjścia… Szczęśliwie słoń im na ucho nie nadepnął i choć z pewnym niedowierzaniem i żalem to jednak musiały przyznać, że Katy niemiłosiernie fałszowała i że w za małej lateksowej sukience nie prezentowała się najlepiej. Jak to dobrze, że są jeszcze tacy wykonawcy jak Selah Sue, którzy nie muszą się dodatkowo upiększać, odciągać uwagi od swojej muzyki baletem i fajerwerkami, tylko biorą do ręki gitarę i tak po prostu grają i śpiewają. W czarnej spódnicy i beżowej bluzce. Nieprzyzwoicie skromnie. W przypadku Selah dodatkowym atutem jest na pewno to, że sama komponuje oraz pisze słowa do swoich piosenek. Muzyka jest niebanalna, z pogranicza soul, funk i reggae, a słowa mądre. Jej muzyka jest ponad podziałami pokoleniowymi. Selah słuchamy razem z córkami i to z największą przyjemnością. Cudownie było popatrzeć na blisko dwutysięczną widownię tego koncertu, na młodych ludzi bez kompleksów, którzy na cały głos śpiewali razem z Selah. A ona nie mogła się nadziwić skąd w takiej Polsce wzięło się tylu jej fanów! Skoro Flamandowie mogą się chwalić Selah my wyślijmy w świat np. Anię Dąbrowską. Jak ona fantastycznie śpiewa! i co śpiewa! A w dodatku w czwartek czyli dziś wystąpi na tej samej scenie czyli w warszawskiej Stodole.

Z głową pełną piosenek i z szerokim uśmiechem na twarzy idę spać.

 

videokonferencja

Uwaga, uwaga!!! Już jutro, 8. marca (czwartek) o godz. 20.00 wszyscy chętni mogą ze mną porozmawiać na żywo podczas videokonferencji. Wystarczy wejść na fan page moich kosmetyków:  www.facebook.com/patandrub. Już czekam na pytania. Odpowiem na te, które będą się najczęściej powtarzać oraz na te, które najbardziej mnie zaintrygują;-). Kamera zostanie ustawiona w siedzibie Pat&Rub. Do zobaczenia, do jutra!

Ale sztuka!

Właśnie przeglądam fotografie, które przywiozłam ze Stanów. Przynajmniej dwie z nich zasługują na osobny wpis…

W przerwie między zdjęciami udało mi się uciec na chwilę z Hollywood do centrum LA, żeby z bliska zobaczyć dzieło Franka Gehry’ego: Walt Disney Music Hall. To kolejny, obok Liebeskinda światowej sławy architekt z polskimi korzeniami! Jego mama urodziła się w Łodzi. Budynki Gehry’ego ustawione w miejskiej przestrzeni szokują, mają pofalowaną powierzchnię i zrobione są z materiałów których zazwyczaj w architekturze nie wykorzystuje się obok siebie. Ale jest w tych bryłach coś niezwykłego i na pewno szybko się o nich nie zapomina (obejrzyjcie zdjęcia Muzeum Guggenheima w Bilbao czy słynnego „Tańczącego Domu” w Pradze). W sobotnie południe Downtown L.A. sprawia wrażenie wymarłego miasta, a metalowa elewacja budynku wygląda jak nie z tego świata. Zrobiła na mnie dużo większe wrażenie niż 2,5 tys. metrów kwadratowych czerwonego dywanu…

To co widzicie na zdjęciu poniżej to nie jest balonik z dziecięcego, urodzinowego przyjęcia, chociaż dokładnie tak wygląda. To jest rzeźba Jeffa Koonsa jednego z najbardziej znanych a już z całą pewnością jednego najdroższych współczesnych artystów na świecie. Rzeźby Koonsa przypominają często powiększone przedmioty codziennego użytku albo np. dziecięce zabawki, tak jak ta na zdjęciu. „Różowe balony” sfotografowałam w małym parczku przed wejściem do wieży nr 7 World Trade Center. Jeff Koons podarował je właścicielowi WTC, miliarderowi Larry’emu Silversteinowi. I miał do niego tylko jedną prośbę. Poprosił o ubezpieczenie swojego dzieła na… 10 milionów dolarów…

Dieta księżnej Catheriny…

Spieszę donieść Wam, że umówiłam się właśnie w najbliższy czwartek na lunch z Gillian McKeith, autorką min. bestselleru „Jesteś tym, co jesz”, obecnie chyba najbardziej znaną dietetyczką na świecie, która osobiście czuwa nad dietą księżnej Catheriny, żony księcia Williama. Kate Middleton schudła na swój ślub ponad 10 kilo, wyglądała fenomenalnie, szybko stała się ikoną mody i to nie tylko na Wyspach Brytyjskich. W Stanach jej wizerunek można znaleźć na okładce co drugiej gazety, pomimo tego, że właśnie mieliśmy oskarowy tydzień i na prawdę było o kim pisać. Kate jest na zdjęciach piękna i elegancka ale coraz chudsza Na forach internetowych aż huczy od spekulacji o przyczynach spadku jej wagi. Wiele osób podejrzewa ją o anoreksję. Ciekawe co na to Gillian…? Czy chcecie, żebym spytała ją o coś konkretnego? Jeżeli tak, wpiszcie w komentarzach swoje propozycje pytań. Gillian poznałam rok temu, świetnie nam się rozmawiało bo mamy podobne podejście do jedzenia. Wielu rzeczy się od niej dowiedziałam, ja z kolei zaraziłam ją miłością do moich naturalnych kosmetyków. Od tego czasu wymieniamy maile i zastanawiamy się nad współpracą. Mam nadzieję, że już wkrótce będę mogła napisać Wam coś konkretniejszego…;-) Ps. W której z warszawskich restauracji powinnam się z nią Waszym zdaniem spotkać?