Miesięczne Archiwa: Sierpień 2012

KOLEJNY PIERWSZY DZWONEK

Za chwilę rozpoczęcie roku szkolnego. Jako mama dzieci w szkolnym wieku, a więc poniekąd uczestnik szkolnego życia, ale również jako zwykły obserwator chciałabym dołożyć swój głos do dyskusji, która, jak co roku zapewne rozpocznie się 1. września. Posłużę się przykładami amerykańskimi bo znam je z autopsji. Już 15 lat temu zaangażowałam się w działalność Ireny Koźmińskiej i jej Fundacji ABCXXI (min. akcja Cała Polska Czyta Dzieciom). To Irena zaraziła mnie swoją fascynacją różnymi aspektami amerykańskiej edukacji. To dzięki niej przeczytałam książki najwybitniejszych amerykańskich psychologów i pedagogów, jak również miałam okazję z nimi później dyskutować. Wiem, co stereotypowo myśli się u nas o Amerykanach i o tym czego uczą w szkole swoje dzieci. Chciałabym, korzystając z okazji parę rzeczy wyjaśnić i wyprostować. Z góry mówię, że nie chcę krytykować polskiej szkoły, ani nikogo piętnować. Uważam po prostu, że powinniśmy otworzyć się na dobre doświadczenia innych i z nich skorzystać, a nie zakładać z góry, co często mamy w zwyczaju, że dobre jest tylko to, co nasze. Do zebrania moich doświadczeń i edukacyjnych przemyśleń zachęciła mnie Małgosia Ohme, psycholog dziecięcy, a obecnie naczelna czasopisma dla rodziców GAGA. Poniżej krótkie fragmenty naszej rozmowy, która w całości ukaże się w najnowszym numerze GAGI.

Co jest najważniejsze w początkowej edukacji w Polsce? Nauczyć dziecko pisać i czytać. A co jest najważniejsze w amerykańskim sposobie nauczania małych dzieci? Nauka wartości i zachowań społecznych. Dziecko, zdaniem Amerykanów powinno przede wszystkim potrafić nawiązywać kontakty, współpracować, posiadać umiejętność autoprezentacji adekwatną dla swojej grupy wiekowej.

Amerykański system edukacji przoduje w nauce umiejętności pracy w grupach, jednocześnie ucząc szacunku dla pracy indywidualnej. Czyli: „Moja praca złoży się na dobrą ocenę pracy w grupie, ale każdy musi się postarać“. I tego dzieci uczą się od czwartego roku życia. Nie ma „moje“, „nie podglądaj“, „nie pożyczę, nie dam“. Zamiast tego nauczyciele korygują zachowania, w ten sposób ucząc dzieci, że „ja się z tobą podzielę tym, co mam, a ty się ze mną podzielisz tym, co ty masz“ albo „ja potrafię to, a ty tamto, razem będziemy mogli zrobić więcej i lepiej“.

Poza tym system amerykański wychodzi z założenia, że każde dziecko rozwija się w swoim tempie, więc do czwartej klasy nie ma ocen, bo mogą demotywować i hamować prawidłowy rozwój. Pod koniec każdego trymestru rodzice w USA dostają list z obserwacjami na temat dziecka, które nawet na poziomie sformułowań brzmią inaczej niż polskie świadectwa opisowe np. umiejętność „jeszcze wymaga dopracowania“, „jeszcze wymaga rozwoju“, „jest na prawidłowej drodze rozwoju“. Najniższa ocena to „yet to be developed“ (wymaga rozwoju). To brzmi bardzo pozytywnie, nie stresuje ani dziecka ani rodziców, a wskazuje jedynie na co należy zwrócić uwagę. W amerykańskim systemie dzieci co roku mają innych kolegów w klasie, bo dzieci się miesza i tworzy nowe grupy, co u nas jest nie do pomyślenia. W Polsce rzadko kiedy zmienia się miejsce zamieszkania, rodzice niezbyt często przenoszą się do innego miasta do pracy, za to często żyją na jednym osiedlu przez całe życie. Nie mamy takiego schematu, który wymagałby od nas rozwoju umiejętności adaptacji, co jest  w życiu niezwykle pomocne. W Ameryce, gdzie ludzie kupują i sprzedają domy na potęgę, są mobilni – podążają za pracą, są otwarci, bez problemu zmieniają miejsce zamieszkania – inaczej się na to patrzy. W szkole amerykańskiej dzieci co roku poznają nowe środowisko, zawiązują nowe relacje. I to jest ta cenna lekcja, dzięki której dzieci uczą się być ciekawe innych, otwarte, nie bać się zmian, nie bać się ludzi, nowych grup.

Znam polski system edukacyjny ze swoich czasów.  To, co mnie teraz zaskakuje to fakt, że tak niewiele się od tamtych czasów zmieniło. Nadal, mimo prób wprowadzenia zmian króluje system uczenia, w którym trzeba wkuwać bez zrozumienia. I to niezależnie od tego, iż niemal każdy nauczyciel deklaruje, że oczekuje od dzieci przede wszystkim myślenia. Wielu nauczycieli nadal uczy w podobny sposób: odtwórczo, nudno, nie zachęcając młodzieży do dyskusji i myślenia właśnie. A gdzieś w tle jest tylko duża dawka stresu, który ma dziecko „motywować” do nauki.

Mam wrażenie, że wciąż brakuje nam mądrego jednolitego systemu nauczania, który określałby nie tylko czego, ale również w jaki sposób należy uczyć. Znów wrócę do Ameryki. System nauczania w USA jest niezwykle poukładany. Dokładnie wiadomo, czego nauczyciel ma nauczyć na każdym poziomie edukacji. Co więcej, wiadomo, jakich narzędzi edukacyjnych ma do tego celu użyć.

Od wielu osób w Polsce, szczególnie tych, którzy nigdy w Stanach nie byli słyszałam, że amerykańskie szkoły są na niskim poziomie, a sami Amerykanie nic nie wiedzą. Zawsze wtedy zadaję pytanie: jak to się w takim razie dzieje, że to nie gdzie indziej tylko w Ameryce są najlepsze na świecie uniwersytety i to właśnie nie kto inny jak Amerykanie mają największą liczbę noblistów…?

 

OSCAR P.

Poznajecie tego sportowca?

http://dziendobry.tvn.pl/video/rusin-zmierzyla-sie-na-biezni-z-legendarnym-lekkoatleta,104,best,55275.html

Nie trzeba się jakoś specjalnie interesować sportem, żeby znać jego nazwisko, bo Oscar Pistorius, pomimo swoich zaledwie 26 lat to już żywa legenda. W Londynie, w półfinale biegu na 400 metrów zajął wprawdzie ostatnie miejsce, ale to właśnie od niego chciał dostać koszulkę startową późniejszy triumfator na tym dystansie Kirani James. – Myślisz, że mógłby wystawić tę Twoją koszulkę na aukcję – zapytałam Oscara Pistoriusa w Warszawie, trochę ponad tydzień po tym wydarzeniu. – No chyba nie –  zaśmiał się – Kirani to dobry chłopak i przyjaciel, pewnie chciał mi tylko sprawić przyjemność. Nie wydaje mi się, żeby chodziło tylko o to. Wprawdzie Kirani James wywalczył olimpijskie złoto, ale to o Pistoriusie trąbiły wszystkie media. W końcu to on jako pierwszy niepełnosprawny sportowiec wystąpił na olimpiadzie w rywalizacji z pe łnosprawnymi biegaczami. Jego koszulka to cenny nabytek, za który wiele by dało niejedno muzeum sportu. Pistorius udzielił nieskończonej ilości wywiadów, przed olimpiadą, w jej trakcie i po niej. Bez przerwy musiał odpowiadać na dziesiątki takich samych, albo podobnych pytań –  jak to jest być pełnosprawnym niepełnosprawnym, jak do tego doszedł, co sądzi o kontrowersjach na temat jego protez itd. Bardzo byłam ciekawa jaki jest w bezpośrednim kontakcie, tym bardziej, że słyszałam, że powoli ma już dosyć, a jeden z wywiadów (dla radia BBC ) po prostu przerwał, bo poczuł się urażony pytaniem. Bez wahania skróciłam długi weekend na Mazurach i wróciłam do Warszawy, kiedy dowiedziałam się, że wywiad dla Dzień Dobry TVN ma być jedynym, którego udzieli polskim mediom (poza konferencją prasową). Nie żałuję! Oskar nie tylko zgodził się ze mną pobiegać, ale udzielił też bardzo szczerego wywiadu, który może być inspiracją dla wszystkich, zarówno niepełnosprawnych jak i pełnosprawnych.

Oczywiście, każdy polski rodzic niepełnosprawnego dziecka, które tak jak Oscar Pistorius urodziło się z deformacją, bądź też straciło nogi odpowie od razu, że „niemożliwe” jest w Polsce bardziej niemożliwe niż na przykład w RPA, skąd Pistorius pochodzi. Jego rodzice, po konsultacji z lekarzami podjęli decyzję o amputacji poniżej kolan obu zdeformowanych nóg Oscara, gdy ten miał zaledwie 11 miesięcy, ale wychowywali go tak, jak jego starszego brata, starając się nie zwracać szczególnej uwagi na jego ułomność. Oscar chodził po drzewach i szalał z kolegami zużywając po kilka protez w miesiącu. No właśnie… Skąd je miał…? Otóż dostawał, bo tak to w RPA wygląda. Miał więc szansę normalnie się rozwijać, grać w tenisa, piłkę wodną a nawet w rugby! Opowiadał mi ze śmiechem, o tym, jak podczas jednego z meczy zgubił swoją „nogę”. Aż trudno uwierzyć, ale on naprawdę wydaje się nic sobie ze swojej niepełnosprawności nie robić. Bardzo podobało mi się jedno zdanie, które wielokrotnie powtarza, że ludzie traktują nas tak, jak my traktujemy siebie, a ponieważ on nigdy nie uważał się za osobę niepełnosprawną więc w jego najbliższym otoczeniu nie był to jakiś wielki problem. Pistoriusowi przyznano oficjalnie prawo do startów w zawodach sportowych, w tym olimpijskich w 2008 roku, choć towarzyszyło temu wiele kontrowersji związanych z technicznymi możliwościami specjalnych protez z włókna węglowego, których używa. Oscar zakwalifikował się do Londynu, nie pobił tam rekordu, ale za to jako pierwszy w historii niepełnosprawny sportowiec wystąpił nie tylko na samych igrzyskach, ale również w olimpijskim finale (bieg sztafetowy na 400 m.). Niezwykła postać, pozytywny człowiek, nic dziwnego, że na jego cześć wiwatowały tłumy kibiców w Londynie. Jak napisała jedna z brytyjskich gazet: takiej histerii nie widziano tam od czasów Beatlesów… Jakie emocje wzbudzi występ Oscara Pistoriusa podczas memoriału Kamili Skolimowskiej zobaczymy jutro (w niedzielę 19-go sierpnia)

KU PAMIĘCI

Pozdrawiam serdecznie, tym razem z Mazur. Przyjechałam tu właściwie prosto z lotniska. Korzystam z uroków długiego weekendu, spaceruję po lesie, rozmawiam z przyjaciółmi, jeżdżę konno. Sielsko… Czuję się tu naprawdę wspaniale i nie zamierzam emigrować z Polski;). Smuci mnie tylko bardzo stan czystości lasów i brzegów jezior. Już o tym raz pisałam i na pewno jeszcze nie raz do tego tematu wrócę. Ale na razie wspomnień czar… miło będzie wrócić za jakiś czas do tych zdjęć. Moja córka spojrzała na Nowy Jork przez obiektyw swojego aparatu i zobaczyła go zupełnie inaczej niż ja. Podoba mi się ta jej wizja. Jestem bardzo dumną mamą i nic tego nie zmieni ;)

 

 

 

 

 

 

„MOJA” AMERYKA…

Dziękuję za zainteresowanieJ. Blisko 200tys. odsłon w ciągu kilku godzin zrobiło na mnie duże wrażenie! Jeszcze większe wrażenie zrobiła dyskusja, która cały czas ma miejsce pod moim wpisem o wycieczce do Stanów. Wiedziałam, że wsadzę kij w mrowisko…;-). Ponieważ zawrzało, czuję się w obowiązku odnieść do części wpisów.

Po pierwsze, mojej opinii o Stanach nie zbudowałam na podstawie jednej wizyty w Nowym Jorku. Pierwszy raz przyjechałam do Ameryki w 1984 roku, jako nastolatka. Wtedy mogłam naprawdę bezkrytycznie zachłysnąć się wszystkim co tu zobaczyłam, bo przyjechałam z biednej Polski, w której nie było dosłownie nic. I, tak, Stany zrobiły na mnie piorunujące wrażenie, z tymi ogromnymi samochodami, drapaczami chmur, sklepami pełnymi wszystkiego, z ludźmi, którzy byli otwarci i bardzo ciekawi opowieści zza żelaznej kurtyny. Przyjechałam na występy z Dziecięcym Zespołem Pieśni i Tańca Varsovia, na zaproszenie amerykańskiej Polonii, której dużą część stanowili wtedy emigranci stanu wojennego, stęsknieni za wszystkim co polskie. Nigdy nie zapomnę występów w Lincoln Center, w sercu Nowego Jorku, kiedy cała sala, płacząc, na stojąco odśpiewała z nami „Płynie Wisła, płynie”, i nigdy nie zapomnę jak wtedy zabrzmiały, wykrzyczane niemalże słowa, „ A dopóki płynie Polska nie zaginie!”. Taki jest początek moich amerykańskich wspomnień.

Ameryka przygarnęła wtedy Polaków, którzy oparli się reżimowi  i, delikatnie rzecz ujmując, zostali z ojczyzny wyproszeni. Emigrantów stanu wojennego spotkałam wiele lat później, kiedy przeprowadziłam się na blisko 4 lata do Waszyngtonu. Wielu z nich bardzo dobrze sobie poradziło, bo „nowa ojczyzna” dała im szansę, a oni z niej skorzystali. Wśród nich są moi serdeczni przyjaciele do dnia dzisiejszego, wykładowcy uniwersyteccy, tacy jak prof. Jerzy Różyłło, doradcy Banku Światowego jak prof. Bartek Kamiński, wybitni dziennikarze, jak Maciek Wierzyński czy Jarek Anders. To oni i ich opowieści wpłynęły w dużej mierze na mój stosunek do Stanów. Ale na Amerykę mogłam też spojrzeć własnymi oczyma. Robiąc reportaże, zwiedziłam sporą część tego kraju, widziałam środkowy zachód, gdzie czas jakby się zatrzymał i gorące południe, gdzie wciąż czuje się klimat rasowych podziałów. „Moja” Ameryka to nie tylko Manhattan! Zgadzam się, że nie można niczego powiedzieć o Stanach, jeżeli było się tylko na krótkiej wycieczce w Nowym Jorku i to wyłącznie na Manhattanie, bo to miejsca dla Ameryki bardzo mało reprezentatywne. Tak się akurat składa, że jestem teraz na Manhattanie i zachwycam się tym, co mi oferuje ( a oferuje bardzo dużo, od wypchanych dziełami sztuki muzeów, po niesamowite przedstawienia na Broadway’u, zapierające dech w piersiach spektakle tańca współczesnego, street art, koncerty i niezliczoną ilość najróżniejszych restauracji, mogących zaspokoić nawet najbardziej wybrednych smakoszy).

Będąc tu zaledwie na krótką chwilę, cały czas pamiętam, co jest poza granicami tego miejskiego molocha. Pamiętam moją podróż do malowniczych i dzikich Catskills Mountains, zaledwie parę godzin jazdy samochodem stąd. Pamiętam wycieczkę na północ, do rezerwatów Indian, którzy korzystając z rządowych przywilejów pozakładali nieopodatkowane kasyna. Pamiętam Woodstock, przemysłowe Detroit i Cleveland, St. Paul-Minneapolis, czy Buffalo. Pamiętam Knoxville w stanie Tennessee, w którym nie dzieje się nic specjalnego, poza doroczną walką amatorów na gołe pięści i urocze Santa Fe pod granicą meksykańską. Robienie reportaży to nie była jedyna praca jaką w Ameryce wykonywałam, bo gdyby tak było może faktycznie mój obraz tego kraju byłby niepełny. Jako studentka przyjechałam tu na językowe kursy wakacyjne, a zarabiałam na nie opiekując się dziećmi. Przez blisko 3 miesiące mieszkałam z ludźmi, którzy byli typowymi przedstawicielami amerykańskiej średniej klasy. Poznałam wtedy nie tylko ich, ale też wielu Polaków, którzy ciężko pracując marzyli o lepszym życiu w kraju. I wielu z nich to się udało. Poznałam też takich, których plany wydawały mi się wtedy totalną utopią. A jednak… Moja przyjaciółka Agnieszka, tak jak planowała nostryfikowała swój dyplom z medycyny i jest teraz wybitnym kardiologiem, z prywatną praktyką w Chicago. Bo Ameryka cały czas daje szansę tym, którzy chcą z niej skorzystać…

Za chwilę pojedziemy pociągiem do Waszyngtonu, który pokochałam dopiero w połowie czteroletniego w nim pobytu. Na początku wydawał się odpychający, kostyczny, zasadniczy, ograniczony, ale dzięki cudownym, poznanym tu ludziom dał się oswoić i stał się poniekąd moim drugim domem. Po Waszyngtonie mogłabym oprowadzać wycieczki, znam tu, może nie każdą, ale wiele uliczek, znam zaułki, muzea, restauracje. Ostatni raz odwiedziłam Waszyngton, razem z moją mamą i córkami 7 lat temu. Jestem ciekawa czy i jak się zmienił. Opuszczam Nowy Jork cały czas nie mogąc wyjść z podziwu dla tego, co udało się jego władzom tu zrobić. Pamiętam dobrze Nowy Jork sprzed blisko 17 lat. Jeżeli ktoś twierdzi, że teraz jest niebezpieczny i brudny to powinien się przenieść w czasie o te kilkanaście lat. Nie wiem jak tego dokonali merowie miasta – Giuliani i Bloomberg, ale zmieniło się tu naprawdę dużo. Kiedyś wyprawa na daleki Harlem była trochę jak survival w dżungli, teraz pojechałam tam metrem razem z córką, do kościoła baptystów na Convent Street i nawet przez chwilę nie miałyśmy poczucia jakiegokolwiek zagrożenia. Zaskoczyła mnie też, niegdyś portowa dzielnica Tribeca. Odkąd postanowił zainwestować tu swoje pieniądze Robert De Niro, budując, razem ze wspólnikami piękny hotel Greenwich, tworząc Centrum Filmowe, a w nim słynny festiwal, to miejsce po prostu kwitnie. Nieopodal, dosłownie w oczach rośnie nowe World Trade Center, dookoła jest mnóstwo klimatycznych knajpek i kawiarni, a atmosfera przypomina trochę Paryż. Nie do poznania jest też teraz „polski” Greenpoint. Z dzielnicy biednych emigrantów wyrasta na jedno z najmodniejszych miejsc w mieście. Nowoczesne budynki, które tu powstają będą miały jeden z najlepszych i najpiękniejszych widoków na Manhattan. Nic dziwnego, że deweloperzy liczą na tych, którzy na Brooklinie szukają teraz spokojniejszej, od zatłoczonego centrum przystani. Poza widokiem, dostaną na Greenpoincie idealną lokalizację, zaledwie długość mostu od ścisłego centrum Manhattanu.

Wyjeżdżam teraz z Nowego Jorku, ale przy swoim zdaniu pozostanę: może i jest to miasto wielu kontrastów, w którym bogactwo spotyka się z biedą, luksus z brudem, biedni emigranci żyją obok oderwanych od rzeczywistości miliarderów, w którym jest tłoczno i potrafi być nieznośnie duszno, ale nigdzie indziej życie nie tętni tak, jak tu. Tu nie sposób się nudzić, chociaż „miasto, które nigdy nie śpi” może też porządnie człowieka wymęczyć.

To może na zakończenie powtórzę tylko: dobrze się w Stanach czuję i lubię tu wracać. Tym właśnie chciałam się podzielić zamieszczając wpis i zdjęcia z Nowego Jorku;-). Ps. Wszystkie zdjęcia są autorstwa mojej córki Igi (dziękuję:-))

 

 

Wakacji ciąg dalszy


 

Wracam tu kiedy tylko mam okazję. Kocham Stany za wielokulturowość, za tolerancję, za uśmiech zwykłych ludzi na ulicy, za bezinteresowną życzliwość, za to, że to wciąż kraj który daje szansę. Długo można by dyskutować o tym, jaka Ameryka jest, co w niej może drażnić, o tym, co przeciętny Amerykanin wie, a czego nie wie. Często jestem świadkiem takich dyskusji i zawsze wtedy wolę milczeć. Każdy ma swoje doświadczenia i przemyślenia. Ja z czteroletniego pobytu w Ameryce mam w zasadzie same pozytywne wspomnienia i kiedy wysiadam tu z samolotu po prostu się uśmiecham. Kiedyś zapytałam moje córki, co najbardziej podobało im się w Stanach ( a zobaczyłyśmy wtedy naprawdę dużo…), odpowiedziały zgodnie, że „mili ludzie”. I coś w tym jestJ. Ps. Zdjęcia z Nowego Jorku są autorstwa mojej 13to letniej córki.