Bez kategorii

Co nas truje

 

Koniecznie przeczytajcie ten artykuł…


http://wyborcza.pl/1,75476,11800431,Szampon__plyn_do_podlogi__plastikowy_kubek__co_nas.html?as=1&startsz=x?utm_source


Nagrody za PWF

Tak jak obiecywałam, oto moja subiektywna lista zwycięzców w konkursie na najlepsze wpisy do Poradnika Wracających do Formy:

MIEJSCE 1. MALINKA

Przewodnik wracających do formy od A do Z

A jak asertywność – ćwiczmy ją w odmawianiu sobie chociażby słodyczy.

B jak babassu – nasz dobry znajomy z kosmetyków Pat and Rub.

C jak cytryna – a dokładnie szklanka wody z cytryną wypita codziennie rano zaraz po przebudzeniu pobudzi nasz metabolizm i doda nam energii.

D jak dieta, a konkretnie nie chodzi o to aby być ciągle na diecie, ale o to aby nasza dieta była dobrze zbilansowana.

E jak ekologia – w tym eko kosmetyki, które w prosty i naturalny sposób pomagają nam walczyć z naszymi uroczymi niedoskonałościami.

F jak fast food – tym pustym kaloriom mówimy zdecydowane NIE.

G jak głód – starajmy unikać się odczucia głodu, jedzmy częściej a mniej co pozwoli nam ustrzec się przed nadmiernym objadaniem się.

H jak herbata – w moim przypadku tylko zielona i biała a od czasu jakaś owocowa.

I jak imbir – dodaje energii i fantastycznie pobudza jak również wzmacnia naszą odporność.

J jak jogurt – najlepiej naturalny bez dodatku cukru, ma dużo wapnia i pomaga usprawnić nasze trawienie.

K jak kofeina – jedna filiżanka kawy (najlepiej z mlekiem) codziennie nie tylko nas pobudzi, ale również dostarczy nam całkiem sporą ilość drogocennych przeciwutleniaczy.

L jak lody – jeżeli już mamy ochotę na coś słodkiego to niech będą to lody.

M jak miód – możemy nim słodzić różne napoje a przy okazji dostarczać organizmowi wiele cennych wartości odżywczych.

N jak nigdy nie mów nigdy – bądźmy otwarte na nowe smaki, jedzenie musi nam sprawiać przyjemność więc próbujmy i odkrywajmy nowe potrawy.

O jak ograniczaj się – no cóż nie ma co ukrywać, nie możemy sobie pozwalać na jedzenie wszystkiego na co mamy ochotę, co za dużo to niezdrowo jak mawiały nasze babcie.

R jak relaks – relaks jest niezbędny aby nie zwariować.

S jak sport – uprawiajmy jakikolwiek.

T jak troska o siebie – nie bójmy się odrobiny zdrowego egoizmu, zróbmy od czasu do czasu coś tylko dla siebie.

U jak UVA i UVB – koniecznie używajmy kremów z filtrami codziennie przez cały rok a nasza skóra będzie nam za to wdzięczna.
W jak woda – pamiętajmy aby codziennie wypijać ok 2 litrów wody.

Y jak yoga – jeżeli nie jesteśmy stworzone do uprawiania joggingu to może niech to będzie yoga.

Z jak zboża – produkty wielozbożowe pełnoziarniste dostarczą nam wielu substancji odżywczych jak również usprawnią nasz układ trawienny.

MIEJSCE 2. MILKA

Witam. Temat odchudzanie nigdy chyba nie zniknie z ust zwłaszcza kobiet…co ja robię żeby zdrową być? Przede wszystkim cały czas staram się uważać żeby jednak nie dopuścić mojej wagi do tego abym musiała się potem leczyć  Nie jestem może nadzianą babką i to zmusza mnie do korzystania na co dzień z prostych sposobów dbania o formę – o każdej porze roku dużo spaceruję ( do pracy mam pół godziny z językiem do pasa) czasem zimą chodze na siłownię poużywać orbitrek, bardzo lubię rower, latem pływam w jeziorze lub na basenie, staram się też nie jeść pół produktów czy w ogóle gotowych potraw, uwielbiam kuchnie włoską ale używam makaronów razowych, swego czasu leciał program o tym jak zwykłe i bardzo kaloryczne jedzenie zrobić lżej i mniej tucząco. Trzeba chyba jednak polubić najpierw siebie i nie robić niczego na sile i mimo różnych przeciwności losu być optymistycznie nastawioną do świata i cieszyć się, że jesteśmy fajnymi, zaradnymi babkami, z którymi można konie kraść. Pozdrawiam serdecznie i Pani Kingo powodzenia życzę, nie tylko Pani ale wszystkim kobietom

MIEJSCE 3. KATARZYNKA

Jak ja chcę zdrowo żyć i przeżyć? Zaczynałam od czegoś ważniejszego, bez czego kosmetyki niewiele są w stanie zadziałać. Uczę się myśleć, ale nie tylko rozumem, bo sercem również. Myślę zanim podejmę każdą decyzję, myślę co jest dobre dla mnie, ale często staram się myśleć czego mogę sobie odmówić, żeby komuś coś dać. Myślę, że aktualnie moim warunkiem zdrowego przeżycia jest nie popełnianie błędów, które zmusiły np. mojego brata do odejścia od żony i dziecka. Chcę myśleć nad każdym swoim wyborem, kierować się intuicją, bo wiele razy przekonałam się po fakcie, że ona naprawdę jest genialna.. Chcę wracać ciągle do natury, która co chwilę podaje nam odpowiedzi na wszystkie pytania… bo ona ma wszystko, czego nam potrzeba, tylko my nie zdajemy sobie do końca jeszcze z tego sprawy. Jednak najmocniejszym czynnikiem, który był zawsze moim marzeniem, jest miłość. Od 8 lat jestem szczęśliwie zakochana i to naprawdę wiele razy uratowało mnie od złych myśli i zwątpienia w świat i przyprawia mnie o wspaniałe samopoczucie. Dopiero po tym wszystkim pojawiają się w moim życiu kosmetyki, przemyślane odżywianie i małe-duże zasady, które uzupełniają nie tylko moje prawidłowe funkcjonowanie, ale też zdrowy wygląd. A ekoampułki wykorzystałabym właśnie do odnowy mojej skóry przed bardzo wyczekiwanym przez nas ślubem, który odbędzie się już za 107 dni! Chciałabym wyglądać na nim tak dobrze, żeby później przypominać sobie o tym dniu i nigdy nie wyglądać gorzej, bo życie jest za krótkie na to, by z niego nie korzystać!

WYRÓŻNIENIE za poczucie humoru w temacie odchudzania: EDYTA

Dziewczyny a znacie dietę cud?? Słuchajcie! – Jecie wszystko na co macie ochotę, nie liczycie kalorii i nie zmniejszacie porcji, a jak schudniecie to będzie cud ;-)

GRATULUJĘ! Mam Wasze adresy mailowe, skontaktuje się więc z Wami ktoś z firmy Pat&Rub żeby ustalić adres i termin dostawy.

Ps. Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam dyskusję, która toczy się pod wpisem o moim serniku. Zaintrygowana niektórymi wypowiedziami postanowiłam poprosić o komentarz znajomą dietetyczkę. Obiecuję zamieścić go na moim blogu już wkrótce. Zobaczymy jak to jest, jej zdaniem z tym masłem i oliwą z oliwek, z sacharozą i syropem z agawy, z chudym i tłustym białym serem… Przekazałam jej wszystkie Wasze uwagi i wątpliwości. Sama jestem bardzo ciekawa odpowiedzi.

Ps1. Sądząc po poziomie emocji co poniektórych komentujących mogli oni odnieść mylne wrażenie, że  namawiam, albo wręcz nakazuję wszystkim czytającym natychmiastową zmianę diety i porzucenie na zawsze wspaniałych, tradycyjnych, polskich wypieków. Otóż prostuję, ja wyłącznie dzielę się moimi pomysłami i rozumiem, że nie muszą się one wszystkim podobać. Pozdrawiam :-)

 

 


JESZ I CHUDNIESZ;-)

Mam już swoich faworytów jeżeli chodzi o „Przewodnik Wracających do Formy”! Przedstawię ich Wam niebawem. Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, pomysły, przepisy i dobre rady. Zrobiła się z tego całkiem interesująca i bardzo optymistyczna lektura.  Zanim napiszę do kogo trafią ekoampułki za najciekawsze/ najzabawniejsze/najbardziej pożyteczne wpisy, sama dołożę jeszcze jedną cegiełkę do tego zbioru. Postanowiłam podzielić się z Wami moim autorskim przepisem na baaaaardzo dietetyczny i przy okazji pyszny sernik. Właśnie go upiekłyśmy razem z moją młodszą córką i ponieważ eksperyment, naszym zdaniem, całkiem się udał, jest się czym pochwalić ;-).

Już od dłuższego czasu szukam przepisów które urozmaicą moją zdrową kuchnię. Mam ich już całkiem sporo, ale najgorzej jest ze słodyczami. Przyznam szczerze, że zdarza mi się bardzo za nimi tęsknić, ale wiem, że niestety mi nie służą. Absolutnie odrzucam wszelkiego rodzaju batony produkowane w jakichś niewyobrażalnych ilościach. Taka hurtowa produkcja to nie może być nic dobrego. Są oczywiście różne słodkie propozycje sklepów ze zdrową żywnością, ale jakoś mnie nie przekonują. Zawsze zostaje gorzka czekolada, ale co zrobić kiedy nie można poskromić apetytu na prawdziwe ciasto? Trzeba je po prostu upiec! Jak? Tak, żeby było i pyszne i zdrowe czyli odpowiednio dobrać składniki, żeby do minimum zmniejszyć indeks glikemiczny takiego deseru. No i tak właśnie powstał przepis na mój eko sernik, przepis, który udoskonalam już chyba od dwóch lat. Wypiek ze zdjęcia to wersja naprawdę radykalna, ale zapewniam, a moje córki pod moim zapewnieniem się podpisują, że sernik jest pyszny! Oto przepis:

1. kilogram chudego sera (nie może to być żaden gotowy przecier serowy), najlepiej eko, 2. pół szklanki chudego mleka, 3. pół szklanki oliwy z oliwek extra vergin 4. pół szklanki (ale może być też mniej, albo więcej w zależności od potrzeb) syropu z agawy, 5. dwie torebki budyniu waniliowego (udało mi się znaleźć budyń z tapioki, ale dobry jest też taki ze skrobią kukurydzianą zamiast mąki ziemniaczanej, niestety dostępny chyba tylko w sklepach z ekologiczną żywnością), 6. dwa całe jajka (eko;-)), 7. 4 żółtka ( białka oddzielić do osobnej miseczki), 8. dwie łyżki wiórków kokosowych

Zmiksować razem ser, mleko, oliwę, syrop z agawy, 2 całe jajka i 4 żółtka i dwie torebki budyniu na jednolitą masę (masa jest umiarkowanie płynna). Wlać do wysmarowanej odrobiną oliwy i wysypanej kus kusem tortownicy. W miseczce ubić na sztywno białka z 4 jajek, na końcu dodać wiórki kokosowe. Pianę z białek z wiórkami rozprowadzić na wierzchu wylanej do tortownicy masy serowej. Piec w nagrzanym do 180 stopni piekarniku przez ok 45 – 50 minut. Gdyby wierzch zbyt szybko się zarumienił przykryć go aluminiową folią. I tyle. Bardzo szybkie, mało kaloryczne i smaczne. Na zdrowie!

Przewodnik Wracających do Formy

Z góry przepraszam wszystkich zawiedzionych, którzy w ostatnim czasie wchodzili na mojego bloga licząc na nowe wpisy. Mogę tylko zrzucić wszystko na… wiosnę ;-). Długi weekend był dawno oczekiwaną okazją do prawdziwego odpoczynku. Mazury jak zwykle nie zawiodły, no i jeszcze ta pogoda… Oddałam się słodkiemu „nicnierobieniu”, albo raczej robieniu wyłącznie tego co sprawia mi wielką frajdę. Było więc bieganie, była jazda na koniach po cudownie pachnącym wiosną lesie, były spacery, rowery i było pływanie. Były też biesiady z przyjaciółmi i znajomymi, rozmowy o wszystkim i o niczym , na które na co dzień po prostu nigdy nie ma czasu.

No i właśnie będzie teraz słów kilka a propos tych rozmów. Tematem, który wcześniej czy później dominował wszystkie inne była… dieta. No tak, w końcu za chwilę trzeba będzie odsłonić trochę więcej ciała i wbić się w kostium! (Jakby na potwierdzenie dostałam przed chwilą smsa od sąsiadów, którzy w ramach odzyskiwania formy po zimie zapraszają na wspólne bieganie…). A jak Wasza kondycja? Zaczęliście już robić ze sobą wiosenne porządki? Myślicie o detoksie i odchudzaniu? Czy jesteście teraz gotowi zacząć zdrowiej żyć?

Mam taką propozycję: stwórzmy razem „Przewodnik Wracających Do Formy”. Napiszcie jakie macie metody na zrzucanie zbędnych kilogramów, co robicie, co jecie, co pijecie.

Zdradzę Wam mój sekret nie tylko na oczyszczanie organizmu, ale też na dobry humor i energię na cały dzień. Zaraz po przebudzeniu wypijam szklankę napoju imbirowego. Wieczorem ścieram na drobnej tarce ok. dwu centymetrowy kawałek świeżego korzenia imbiru, zalewam letnią wodą i zostawiam na noc. Rano dolewam tylko trochę wrzątku i wciskam pół cytryny. Genialne!

Teraz kolej na Was. Piszcie jak zdrowo żyć i przeżyć;-). Za najciekawsze pomysły przewiduję nagrody: Zestaw eko ampułek Pat&Rub by Kinga Rusin, z naszej linii profesjonalnej SPA.  Nie ma ich jeszcze w sprzedaży detalicznej, będziecie więc mogli je przetestować jako pierwsi! Te ampułki to moja metoda na wiosenną regenerację skóry. Zawarte w nich naturalne substancje (min roślinny kwas hialuronowy czy wyciągi z roślin brazylijskich) pobudzają odnowę komórkową, wygładzają drobne zmarszczki, likwidują cienie pod oczami, nawilżają, napinają, genialnie poprawiają wygląd skóry, której w zimie nie oszczędzał mróz ani suche, nagrzane powietrze w domu czy pracy. Czekam na Wasze wpisy z niecierpliwością…

TROCHĘ PRYWATY

To zdjęcie nie znajdzie się na okładce najnowszej Vivy!

Wybraliśmy inne. Też fajne ;-).

Sesje zdjęciowe, wywiady, okładki kolorowych pism to część tego całego zamieszania, które nazywa się show biznesem. Można to kontestować, można się dystansować, można krytykować, ale ciężko od tego uciec. Ekranowa egzystencja zależy od popularności, popularność nakręcają gazety i portale, te z kolei mają swoich bohaterów i tak to się kręci. Bohaterowie masowej wyobraźni mają różny stosunek do własnej popularności i tego co z niej wynika, ale też nie oszukujmy się, bez niej by ich nie było. Niektórzy zresztą, mam wrażenie, uciekając od niej, starają się zwrócić na siebie jeszcze większą uwagę. Popularność potrafi być uciążliwa, ale to cena wliczona w publiczne występy niezależnie od tego czy jest się aktorem, dziennikarzem czy politykiem. Męczy i cieszy zarazem, totalna schizofrenia.

Moja bardzo skrupulatna mama, już blisko 20 lat (sic!) zbiera wszystkie artykuły na mój temat, magazynuje też u siebie większość tytułów, na których okładkach wystąpiłam. Całkiem sporo się tego uzbierało. Zabawnie jest od czasu do czasu to sobie przejrzeć, zobaczyć jak ewoluował rynek kolorowych magazynów, jak zmieniała się jakość zdjęć, porównać treści wywiadów i siebie z różnych lat. Śmieję się głośno, aczkolwiek z coraz większym sentymentem za każdym razem, kiedy w ręce wpada mi moja pierwsza okładka: Sukces, wydanie wielkanocne, roku pańskiego 1994. To okładka historyczna z różnych powodów i to nie tylko dla mnie. O ile mnie pamięć nie myli stylizował mnie wtedy, debiutujący w tej roli sam Tomasz Jacyków! Bardzo zainteresowani mogą obejrzeć efekty naszej współpracy na mojej oficjalnej stronie internetowej www.kingarusin.pl (zakładka: Kinga jakiej nie znacie. Początki). Ten kolorowy biznes wtedy naprawdę dopiero raczkowało, kobiece miesięczniki były zaledwie dwa ( Sukces i Twój Styl), a Super Ekspres nie wiedział jeszcze czy przypadkiem nie chce być poważnym dziennikiem… Wszyscy dopiero się uczyli podpatrując wzorce z Zachodu. O tym, że uczymy się szybko można się przekonać wchodząc teraz do kiosku. Trudno się już doliczyć tych wszystkich gazet, z których okładek krzyczą coraz to bardziej sensacyjne tytuły.

Jeżeli dzieje się to za moją zgodą i wiedzą to cieszę się z każdej okładki. Sesja zdjęciowa to niepowtarzalna okazja do przypatrzenia się z bliska własnej metamorfozie. W przypadku najnowszej Vivy! efekt jest naprawdę niezwykły. Myślę, że w dużej mierze dzięki niesamowitej wrażliwości Marleny Bielińskiej, z którą miałam okazję spotkać się osobiście po raz pierwszy, ale jej zdjęcia uwielbiam oglądać już od dawna. Marlena specjalizuje się w fotografowaniu kobiet, a robi to od początku lat 90tych i to dla najlepszych na świecie, min. Dla Vogue’a, Playboya, Elle, Sports Illustrated i innych. Pracuje intymnie i dociera gdzieś w głąb duszy, dlatego nie zdziwiło mnie kiedy usłyszałam, że skończyła psychologię… Od dawna chciałam ją poznać i jeszcze bardziej z nią pracować. Efekty już za chwilę w Vivie!

ŚWIADOMI NIEŚWIADOMI

Tekst załączony poniżej to fragment artykułu, który napisałam blisko rok temu do Gazety Krakowskiej. Znalazłam go porządkując dokumenty w komputerze, przeczytałam i doszłam do wniosku, że nie stracił na aktualności. Niestety… Przed chwilą w serwisie informacyjnym w TVN 24 wyemitowano materiał o nielegalnych wysypiskach śmieci w naszych lasach. Przerażające. W sklepach i na targach powoli zaczęły się pojawiać pierwsze nowalijki. Tylko skąd one są? No właśnie… Przeczytajcie. A ja zostaję przy swojej opinii, którą na tym blogu wyraziłam jakiś czas temu: możemy wpływać na naszą rzeczywistość, możemy dokonywać mądrych wyborów, możemy żyć świadomie.

„Włączam komputer, czytam najnowsze informacje. Zaraz po doniesieniach politycznych rzucają się w oczy dwa artykuły. „Sprzedawcy drobiu w Czungcingu w południowych Chinach napełnili 1000 kurczaków proszkiem mineralnym zawierającym siarczan baru, by zwiększyć ich wagę.” A zaraz po nim następny: „W Chinach wybuchają arbuzy. Przez chemię całe hektary upraw zostały zniszczone. Rolnicy bezkrytycznie sięgali bowiem po przyspieszacz wzrostu, chcąc dostarczyć jak najwięcej owoców na rynek jeszcze przed arbuzowym sezonem”. Moja pierwsza myśl, a my to wszystko i tak zjadamy. Dlaczego? Bo nie jesteśmy świadomi pochodzenia żywności, którą kupujemy. Bo nie chcemy się nawet nad tym zastanawiać, bo to i tak niczego nie zmieni a jeść trzeba. Bo wolimy wydać mniej niż więcej, dlatego robimy zakupy w dużych supermarketach, bo tam przeceny i promocje. Bo wierzymy, że jednak jakaś instytucja w naszym kraju czuwa, żebyśmy nie zostali zatruci. Hmm… Bez naszego zaangażowania, bez bezwzględnego żądania kontroli jakości żywności, bez naszej wiedzy i świadomych wyborów nic się nie zmieni. Będziemy truci, będą nam wpychać to, co najgorsze za to tanie i łatwo zbywalne, będą na nas eksperymentować, przyglądać się z daleka i liczyć zyski. Możemy zmienić to tylko my sami stając się świadomymi konsumentami, bojkotując to co nam nie służy, wybierając to co dla nas dobre. Innego wyjścia nie ma, jeżeli chcemy dożyć długich lat w zdrowiu. Niekontrolowane stosowanie pestycydów, nawozów sztucznych, dodatków do żywności, takich jak barwniki i słodziki, to poważny problem, zagrażający naszemu zdrowiu i środowisku. To ostatnie zdanie trzeba wydrukować, powiesić na drzwiach lodówki i czytać przed każdym wyjściem do sklepu.

Jedzenie, nieskażone i nie modyfikowane genetycznie to tylko jedna z wielu rzeczy, na które każdy z nas powinien zwracać uwagę. Pozostaje jeszcze czyste powietrze, które nawet w mieście można by głęboko wciągnąć do płuc, woda w kranach, którą można by wypić nie ryzykując skrętu kiszek, kosmetyki, dzięki którym do naszej skóry nie przenikałyby szkodliwe związki chemiczne. Jesteśmy zmęczeni codziennością, zajęci problemami w pracy i w domu, zaganiani, skoncentrowani na tym co dziś, niechętni poświęcaniu swojego cennego czasu na myślenie o tym co jutro, a tym bardziej co za 10 czy 100lat. Gdzie zmierzamy, do czego nas to doprowadzi? Czy nasze dzieci i ich dzieci będą oglądały nieskażone lasy i dzikie zwierzęta na filmach dokumentalnych, a złudzenie prawdziwości da im technologia 3D? Czy to im wystarczy? Czy zamiast pójść na rodzinny spacer będziemy się teleportować do jakiegoś trzeciego wymiaru stworzonego w naszych umysłach? Co może nam zastąpić bezpośredni kontakt z naturą, co może dać większą radość niż podpatrywanie przyrody? Prawdziwej a nie wirtualnej… Zastanówmy się przez chwilę, może jednak warto zrobić coś dla przyszłych pokoleń? To mogą być naprawdę małe kroki, które w zasadzie nic nie kosztują. Bo ile to wysiłku posegregować śmieci? Czyż nie bardziej ekonomicznie i szybciej jest wziąć prysznic zamiast kąpieli?  W piękny dzień nawet do pracy można pojechać rowerem, a jeżeli już decydujemy się na samochód to może zaproponować sąsiadom podwózkę, żeby swój mogli zostawić w garażu? Niby nic a z drugiej strony tak dużo.

Jak na jeden artykuł dużo tu haseł i demagogii. Pewnie tak, ale może te hasła i ta demagogia sprawią, że ktoś się chwilę nad tym zatrzyma, zastanowi, przemyśli. Jeżeli dzięki temu chociaż parę osób zacznie żyć, jeść, pić i konsumować w sposób świadomy to uznam, że osiągnęłam swój cel. Nie dajmy się zatruwać i nie trujmy siebie i innych. To już ostatnie hasło. Obiecuję. Pozdrawiam i trzymam mocno kciuki za tych wszystkich, którzy podejmą walkę o lepsze, zdrowsze i czystsze jutro.”

NIETYKALNI CZY TYKALNI?

Poszłam do kina. Nic nadzwyczajnego, chociaż nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam w kinie w niedzielę, w godzinach największego nasilenia ruchu w galerii handlowej. Dziwne? Dla wielu pewnie tak, ale ja nie najlepiej czuję się w tłumie. Wolę więc chodzić na poranne seanse, na mało popularne tytuły, których nie można później obejrzeć ani na dvd ani w telewizji. Dlaczego? Bo tak już mam. Lubię mieć kino „dla siebie“, analizować filmy na własne potrzeby, wybierać repertuar według mi tylko znanego klucza. Cóż więc takiego się stało, że złamałam swój rytuał? Wszystko przez internet! W niedzielę, po pracy otworzyłam komputer, a tam debata jakiej dawno nie oglądałam! Po przeczytaniu kilkudziesięciu wpisów  nie mogłam dłużej czekać. Postanowiłam jak najszybciej sprawdzić czy zaliczam się do wielbicieli czy do krytyków filmu Nietykalni. W Europie obejrzało go już ponad 34 miliony ludzi (dane sprzed weekendu). Kiedy ostatnio francuski film wzbudził aż takie emocje? Świetny „Chłopiec na rowerze“ braci Dardenne (koprodukcja belgijsko – francusko – włoska), zdobywca Grand Prix w Cannes w 2011 roku mógł tylko pomarzyć o takiej frekwencji… Skąd więc ten sukces Nietykalnych? Dlaczego akurat w tym przypadku?

Milioner i biedny chłopak z blokowiska, zderzenie kultur i języków, tradycji z walką o byt. Brzmi jak sztampowy scenariusz z Hollywood? Trochę tak, a jednak gdzieś ten banał po drodze się gubi. Może dlatego, że historia nie została nakręcona w Nowym Jorku, może dlatego, że „stare europejskie pieniądze“ mają w sobie coś czego nie mają nowe amerykańskie fortuny? Łatwiej było mi uwierzyć w historię niezwykłej przyjaźni kalekiego bogacza i czarnoskórego biedaka opowiedzianą po francusku z dystansem i ironią właściwą jednak Staremu Światu. W dodatku to spotkanie miało miejsce naprawdę! Dla wzmocnienia przekazu na filmowym planie Araba zastąpił Murzyn. Pamiętacie na pewno obrazki z francuskich przedmieść i coś na kształt rebelii zdesperowanych emigrantów bez szans na lepsze życie. Czarnoskóry bohater Nietykalnych mógł być, tak jak duża część mieszkańców blokowisk na dożywotnym zasiłku ale zdarzył się cud, który odmienił jego nędzny los. Ten fakt uspokaja być może wyrzuty sumienia niektórych Francuzów. Mogą więc spokojnie śmiać się i płakać oglądając Nietykalnych.

W internecie Ci, którzy są „na nie“ zarzucają tym, którzy są „na tak“, że nie mają swojego zdania, a podoba im się, bo skoro zachwycają się miliony to nie wypada inaczej. Będę kolejną owcą w tym stadzie. Może nie jest to arcydzieło, ale spokojnie można go nazwać uroczym. Czy to wystarczy? Żeby się pośmiać, a nawet trochę popłakać, w zupełności. Pozytywnie zaskakuje bezpretensjonalność dialogów – coś niemalże nieosiągalnego w polskich produkcjach komediowych ostatnich lat. Czyli jednak można… Największą siłą są jednak aktorzy. Duet Francois Cluzet – Omar Sy jest bezkonkurencyjny. Grają szczerze, bez patosu, lekko. I nawet nie jestem specjalnie zaskoczona, że Sy sprzątnął sprzed nosa Cezara dla najlepszego aktora niedawnemu zdobywcy Oskara w tej kategorii Jean’owi Dujardin’owi (Artysta).

Wniosek? Pomóżcie Nietykalnym pobić rekord frekwencji dla europejskiego filmu. A potem dyskutujcie bez końca…;-)

Święta

Wielka Sobota na Kasprowym. Piękne słońce, lekki mróz, dobry śnieg, dużo znajomych – czy można chcieć czegoś więcej? Na Kasprowy Wierch wracam zawsze z wielkim sentymentem. Stąd mam najpiękniejsze wspomnienia narciarskie, pierwsze sympatie, pierwsze zawody, pierwsze sukcesy i porażki. Tu przywoziłam moje córki, kiedy jeszcze były całkiem małe i na nartach stawiały pierwsze kroki. Uśmiecham się teraz przypominając sobie te chwile. Co się od tamtego czasu zmieniło? Dużo i niewiele zarazem. Coraz rzadziej można zobaczyć kolejkę po bilety. Nowe wagony są bardziej przepustowe to na pewno, ale ceny też skutecznie eliminują chętnych do wjazdu. Na samej górze mały lifting przeszły restauracja i toalety. Na Gąsienicowej działa już od kilku lat wyciąg, który przybliżył nas nieco do Europy. Ale wystarczy przejechać na drugą stronę, żeby przeżyć deja vu. Drewniane krzesła, zupełnie jak kilkadziesiąt lat temu wwożą nas na szczyt całe 17 minut, w kotle niezmiennie takie same muldy,a w szałasie pod wyciągiem ten sam zestaw gastronomiczny: bigos, fasolka po bretońsku i hot dog. Dlaczego więc cały czas tak nas tam ciągnie? Bo to góra magiczna, jak mówią moje dzieci. One już tak samo jak ja spotykają tu swoich znajomych, z którymi nie mają nawet okazji porozmawiać w Warszawie, tak samo jak ja zaczynają wspominać wcześniejsze wyjazdy, tak samo lubią gorącą czekoladę w plastikowym kubku. Zakopane nie stanie się nigdy Aspen, zresztą nie ma takiej potrzeby, nie bardzo też wierzę w możliwość zorganizowania tu Olimpiady, chociaż Puchar Swiata w skokach udaje się idealnie, pewnie nigdy też nie przestaniemy narzekać na drożyznę i tłumy w sezonie, ale nie wyobrażam sobie, że takiego miejsca mogłoby u nas nie być. Wróciłam na Wielkanoc do Zakopanego po trzech latach przerwy i pomimo tego, że na początku padał deszcz i przez mgłę ledwo było cokolwiek widać to i tak jest mi tu baaardzo dobrze. Ciasto drożdżowe już zagniecione, pasztety upieczone, mazurki udekorowane. Wesołych Swiąt!

Dla ducha

„Dla ciała“ jeździłam przez tydzień na nartach, „dla ducha“, zaraz po powrocie poszłam do Teatru Narodowego. Nie na byle co! Tylko na zapowiadane głośno wydarzenie sezonu. Dzieło wielkie w sensie dosłownym ( a i tak ponoć, w porównaniu z pierwowzorem mocno skrócone), monumentalne, imperialistyczne, napisane na potrzeby propagandy Wielkiego Brata, melodyjne i proste, a zarazem czasami nieznośnie patetyczne. Już zaspokajam ciekawość niecierpliwych, chodzi o Wojnę i Pokój Sergiusza Prokofiewa z librettem opartym na powieści Lwa Tołstoja. O bilety nie było łatwo, bo przedstawienia zaplanowano tylko dwa. Nieczęsto się zdarza znaleźć sponsora gotowego opłacić, nawet krótki pobyt w Warszawie tak gigantycznej grupy artystów. Przyjechali do nas z Petersburga, ze słynnego Teatru Maryjskiego. Szacunek do rosyjskich artystów mam wielki i budowany latami. Można było nie lubić rosyjskiej władzy ale sztuka, nawet ta reżimowa była tam zawsze na wysokim poziomie. Głosy śpiewaków więc mnie nie zawiodły, ale sama opera mającą w swym przesłaniu interpretować jedynie słuszną historię Imperium, lekko znudziła. Było trochę jak na wysokobudżetowej akademii: 60-cio osobowy chór (kilka razy liczyłam), symboliczna dekoracja, upadające sztandary wroga, wielki dowódca, uwłaszczanie chłopów pańszczyźnianych, wątek miłosny i, na szczęście wspaniała muzyka Prokofiewa. A to wszystko, z jedną krótką przerwą, trwało bagatela 4 godziny…

Nie jestem wielką znawczynią opery, ale staram się nie opuścić niczego co proponuje Teatr Wielki pod artystycznym kierownictwem Mariusza Trelińskiego. Pamiętam kiedy pierwszy raz, ładnych parę lat temu zobaczyłam „jego“ Madame Butterfly z powściągliwą, ale nie dającą się zapomnieć scenografią Borisa Kudlicki. Od tamtej pory ten tandem w zasadzie mnie nie zawiódł. Raz było genialnie – w tej klasfikacji w moich oczach wygrywają ex equo Madame Butterfly i Don Giovanni, raz mniej genialnie – Orfeusz i Eurydyka, ale zawsze interesująco, inaczej, z pazurem. Przywieziona z Petersburga Wojna i Pokój, nad którą opiekę artystyczną objął Andriej Konczałowski (brat Nikity Michałkowa) przypominała mi stylistyką Halkę, na którą wiele lat temu poszłam z klasową wycieczką. A może po prostu się odzwyczaiłam… Kiedy 3 lata temu pojechałam do Nowego Jorku, żeby zrobić reportaż z Metropolitan Opera spodziewałam się Bóg wie czego, a zobaczyłam jak ustawiane są styropianowe dekoracje do Carmen. Ale w MET’cie dekoracje są chyba drugorzędne, a na pierwszym planie są najlepsi na świecie i sowicie za swój talent wynagradzani śpiewacy. Zresztą przeczytałam w programie, że opera Woja i Pokój została przygotowana we współpracy z MET właśnie…

Z mojego sprawozdania z Wojny i Pokoju nie tchnie może zbyt wielkim optymizmem i dlatego nie jestem pewna czy uda mi się osiągnąć mój cel… A cel jest następujący: chciałabym mimo wszystko namówić do otwarcia na wszystkie rodzaje muzyki chociażby po to, żeby nie odrzucać z założenia tego, czego po prostu nie znamy. Opera potrafi poruszyć do głębi i to nie tylko tych przekonanych. Kilka tygodni temu zabrałam na Madame Butterfly moją młodszą córkę. Czekałyśmy na tę okazję chyba z rok, bo ta opera rzadko gości na afiszu. Ale opłacało się. Poza odpowiedzią na pytanie dlaczego Japonki nie gra Japonka więcej nic już nie musiałam tłumaczyć. Obrazy i piękna muzyka pozostaną w jej pamięci na długo, jestem pewna.

W naszym domu słucha się bardzo dużo, bardzo różnej muzyki z szacunkiem dla gustów muzycznych wszystkich słuchających. Wyłączamy tylko wtedy, kiedy każdy się na to zgadza, włączamy jeżeli chociaż jedna osoba chce. Ze względu na przewagę liczebną dwóch nastolatek najczęściej są to nowości rynku muzycznego, ale muszę oddać, że zazwyczaj niesztampowe. Od moich córek naprawdę można się dowiedzieć co w trawie piszczy, albo raczej gra… Ale dodam, z nieskrywaną dumą i satysfakcją, że i mnie udaje się przekonać dziewczyny do czegoś starszego i trudniejszego. Takie „wyrobione ucho“ zupełnie inaczej odbiera później dźwięki. Mimo to zdziwiło mnie bardzo, kiedy ze 2 lata temu moja starsza córka wysłuchawszy Siedmiu Bram Jerozolimy Krzysztofa Pendereckiego powiedziała, że to najpiękniejsza rzecz jaką słyszała. Kiedy jej to niedawno przypomniałam powiedziała że nie wie o co mi chodzi… Słodka niepamięć wieku dojrzewania…;-)

Narodowy zgaszony

Narodowy zgaszony. Ale nie o gaszeniu chciałam napisać, a o dyskusji, która miała miejsce pod poprzednim postem. Nie zdawałam sobie sprawy, że umieszczenie przeze mnie wpisu o pro ekologicznej akcji społecznej wzbudzi aż takie emocje. Może właśnie w tym momencie cel akcji został osiągnięty…? Bo o to właśnie w tym chodzi, żeby rozmawiać i nie przechodzić obok tego problemu obojętnie. Pomijam wpisy niemerytoryczne. Wiele jest głosów wyważonych, są też emocjonalne, ale najważniejsze, że wywiązała się całkiem interesująca dyskusja. Postaram się krótko opisać moje stanowisko w tej sprawie i może kilka wątpliwości wyjaśnić.

Celem akcji Godzina dla Ziemi NIE JEST jak największa oszczędność energii elektrycznej w ciągu tej 1 godziny. Akcja ma wymiar symboliczny. Chodzi o propagowanie proekologicznych postaw oraz zachęcanie ludzi na całym świecie do wprowadzenia w swoim codziennym życiu drobnych zmian, które mają ogromne znaczenie dla stanu środowiska na Ziemi. Do segregowania śmieci również. To nieprawda, że wszystko wszędzie trafia do “jednego wora”. Na recyklingu się zarabia, więc sortowanie po prostu wielu firmom się opłaca (w Szwecji przerabia się blisko 90% śmieci!). Ale wrzucanie gazet do tego samego pojemnika co odpadów z jedzenia skutecznie uniemożliwia odzyskiwanie papieru. Poza tym nie zapominajmy, że to nasze zachowanie i nasza postawa wymuszają często działania administracyjne, nakazywanie ustawiania koszy do segregacji śmieci i kary dla tych, którzy tego nie robią. Trzeba też coś w końcu zrobić z zaśmieconymi do granic możliwości lasami! Z ludźmi, którzy bezkarnie wyrzucają tam wszystko, od jedzenia po stare kanapy i lodówki. Cały czas niestety nie wierzymy, że możemy we własnym kraju na cokolwiek wpłynąć. To nieprawda.

Nie ma wielu takich inicjatyw, które zwracałyby uwagę ludzi na ochronę środowiska. Wejdźcie na stronę WWF’u i zobaczcie jak wygląda mapka, na której widać ilu ludzi i z jakich regionów Polski poparło akcję Godzina dla Ziemi. To jakiś marny procent, więc nie wydaje mi się, że wyłączenie przez nich na godzinę światła w domu, a potem włączenie go spowoduje katastrofę energetyczną. W przerwie popularnego serialu ludzie masową włączają czajniki elektryczne, następuje zmiana poboru mocy ( z natężeniem większym niż przy włączaniu i wyłączaniu żarówki bo czajnik jest bardziej energochłonny) i jakoś elektrownie sobie z tym doskonale radzą.

Sobota, 31. marca, minęła 20.30. Rozglądam się dookoła i jakoś nie widzę wygaszonych świateł w okolicznych blokach. Pewnie część ludzi, podobnie jak niektórzy wpisujący się pod poprzednim postem uważają, że to nie ma sensu, że i tak nic nie mogą zrobić, że pewnie ktoś coś z tego ma i że w ogóle to jakieś podejrzane. Naprawdę uważacie, że lepiej nic nie robić niż zrobić choćby coś małego i symbolicznego? O naturalne zasoby Ziemi trzeba dbać codziennie, a wyłączając na godzinę światło pokazujemy tylko, że zdajemy sobie z tego sprawę.

Na pewno włączając wyłączone na godzinę iluminacje w 5000 miast 150 krajów, które oficjalnie biorą udział w Godzinie dla Ziemi nie zużywa się więcej prądu niż się go przez tę godzinę zaoszczędziło. Zainteresowanych zachęcam do lektury: 
http://www.wwf.pl/godzinadlaziemi/o-akcji/faq,
gdzie znajdują się odpowiedzi na pytania dotyczące akcji.

Ps. Mam prośbę. Zachowajmy jakąś formę tej dyskusji. Każdy ma prawo do własnego zdania i każdy może to zdanie przedstawić. Waszych wpisów nie usuwam. Polemizujcie, krytykujcie, ale nie obrażajcie.

Ps2. Duże emocje budzi mój samochód więc i tu kilka informacji. Samochód jest duży ale porównując z innymi naprawdę oszczędny. Na trasie spala średnio 6,7 litrów ropy, w mieście trochę ponad 8.

Ps3. Na pewno wkrótce poruszę temat torebek foliowych. Dziękuję „Dulkowi” za poruszenie tej kwestii w komentarzu.